środa, 14 lipca 2010

Dwudniowa wycieczka na Saharę.


Nasza wycieczka zaczęła się wcześnie rano.
Musieliśmy wstać ok.5 rano,bo o 6-tej miał być po nas autokar. Ponieważ byliśmy ostatnim hotelem na trasie "zbierania turystów" autokar spóźnił się ok.godziny. Dla nas to dobrze,bo zdążyliśmy zjeść śniadanie,które wydawane było od 6:30. Gdyby autokar przyjechał punktualnie, musielibyśmy jechać głodni :)

Nasza trasa to ponad 1200-1300 km. Postoje były zaplanowane mniej więcej co półtorej godziny. Mieliśmy ze sobą dwa wypchane maksymalnie plecaki. Gdybyśmy wiedzieli,że autokar będzie nam towarzyszył od  początku do końca, spakowalibyśmy się na pewno inaczej.Spokojnie można było wziąć dużą torbę/walizkę na ubrania i inne przydatne rzeczy,a do plecaka spakować tylko jedzenie i dużą ilość wody. No ale cóż ... Jak ktoś tego nie powie,to się nie wie. Ale następnym razem już będziemy wiedzieć jak się spakować na tą wycieczkę :) I jeszcze jedno. Na pewno trzeba zabrać bardzo, bardzo dużo wody mineralnej. Nie pamiętam,kiedy tak szybko skończyło mi się 5 butelek(na 3 osoby) :)

Wycieczka sama w sobie jest dosyć kosztowna.
My jechaliśmy z biura Sun&Fun. Za dorosłą osobę trzeba zapłacić 180 Dinarów,dzieci do 12-tego roku życia mają 50% zniżki. Podobno rezerwując wczasy w Grudniu lub w Styczniu dzieci mają gratis,ale lepiej to sprawdzić,niż potem się rozczarować. Sama opłata za wycieczkę to jeszcze nie wszystko. Pod uwagę trzeba wziąć fakt,iż jedzenie jest opłacone,natomiast napoje już nie,więc wszędzie gdzie się je, trzeba dopłacić do napoi. Poza tym,aby w pełni odbyć tą wycieczkę trzeba koniecznie przejechać się na wielbłądzie,co dodatkowo kosztuje 20 dinarów od dorosłej osoby, dzieci 50% zniżki. Na miejscu jeszcze ubranko 1 dinar za osobę i na koniec wycieczki zdjęcia, jakieś 3-4 dinary za zdjęcie. My za 3 zdjęcia zapłaciliśmy 7.5 dinara, inni płacili drożej:) Jest jeszcze wycieczka do Oazy,która kosztuje 6 dinarów za osobę i tutaj już nie ma zniżek. No i trzeba doliczyć jeszcze kilka dinarów na zdjęcia :)
Ale po kolei.

Pierwszy nasz postój to El Jem czyli Koloseum.
Wysiadając z autokaru idziemy prosto do Koloseum. Po drodze mijamy wielbłąda,na którym można zrobić sobie zdjęcie. Nie ma jednak sensu,ponieważ w dalszej części wycieczki będziemy jeździć na wielbłądach, więc tam można porobić ładniejsze zdjęcia. Idziemy dalej krótką uliczką,gdzie po raz pierwszy zaczynają za nami gonić sprzedawcy :)
Wchodzimy do Koloseum jako grupa. Jeśli ktoś chce robić zdjęcia,trzeba dodatkowo dopłacić dinara za aparat lub kamerę.
Przewodnik opowiada kilka słów po czym mamy czas na robienie zdjęć i zwiedzanie. Wrażenia niesamowite. Schody strome,wysokie i dużo ich :) Mamy zdecydowanie za mało czasu :( 40 czy 45 minut(nie pamiętam już dokładnie) to mało na zwiedzenie całego Koloseum, a co dopiero jeszcze na zrobienie ładnych zdjęć. Problem polega głównie na tym,że wszystkie autokary zwiedzające zjeżdżają się mniej więcej o jednej porze i jeśli ktoś chce mieć ładne zdjęcia bez tłumu obcych ludzi, to trzeba się nie lada wysilić,bo czas nas nagli. W okresie wakacyjnym dodatkową przeszkodą,a raczej czymś co może nam zepsuć zdjęcia,jest festiwal muzyki,jaki się tam odbywa. W samym centrum Koloseum rozłożona jest scena i sprzęt. Niestety ogranicza to znacznie robienie zdjęć. Nam zabrakło czasu na zwiedzenie całego Koloseum ale i tak zrobiło na mnie ogromnie wrażenie.
Wsiadamy wszyscy do autokaru i jedziemy dalej.

Po drodze zatrzymujemy się w ładnej niebiesko-białej restauracji.
Niestety nie pamiętam,gdzie to było,ale restauracja na prawdę piękna. Każdy może zakupić sobie coś do jedzenia lub picia. Ja oczywiście chciałam wybrać najpewniejsze jedzenie,czyli frytki,ale akurat zepsuła się maszyna :) Głodna wsiadam do autokaru i czekam na obiad,który mamy dostać za kilka godzin.
     Odjechaliśmy kawałek dalej. Wjechaliśmy w obszar,gdzie mięso wisi na hakach przy ulicy i kwitnie handel nielegalnym paliwem. Nagle ... zatrzymaliśmy się. Okazało się,że padła nam chłodnica i cała jej zawartość wylała się na ulicę. Wszyscy wysiedli z autokaru i mogliśmy podziwiać z bliska nielegalny handel paliwem oraz,kto chciał mógł spróbować grilla, czyli mięsko,które tak ładnie wisi przy ulicy :) Nikt się nie odważył :)
Myśleliśmy: "no to teraz sobie trochu poczekamy,aż przyślą kolejny autokar ..."  Upał straszny,jesteśmy na totalnym pustkowiu, jednym słowem - nieciekawie. Na szczęście nasz dzielny kierowca szybko skontaktował się telefonicznie z mechanikiem i już za chwile wiedzieliśmy, jak należy naprawić chłodnicę. Podaję przepis,jakby ktoś miał kiedyś podobną przygodę,chociaż ja bym sama tego nie zaryzykowała ze swoim pojazdem :)
A więc tak: papryka(taka przyprawa w proszku) i woda mineralna.
Tak tak, nie pomyliłam się. Wsypujemy paprykę do chłodnicy. Wlewamy wodę mineralną i mieszamy. Powtarzamy czynność do momentu, aż cała papryka wyląduje w chłodnicy. Następnie wlewamy do chłodnicy płyn/wodę i jedziemy dalej :)
Nie wierzyłam,że oni na prawdę to zrobią,dlatego musiałam to uwiecznić :)

Na tak zreperowanej chłodnicy,przejechaliśmy jakieś 1000 km i nie było więcej z nią problemów :)

Następnym naszym celem jest MATMATA. W grotach wydrążonych w skałach,mieszkają Berberowie. Podziwiam tych ludzi,bo ja bym się tam zanudziła :) Teraz i tak mają dobrze,ponieważ państwo zapewniło im dostęp do wody. Dawniej musieli szukać wody na pustyni. Z drugiej strony,żyją tam z własnego wyboru. Berberowie,którzy nie chcą tak żyć, przeprowadzili się do domów wybudowanych gdzieś w okolicach. Ci co zostali,nie chcieli mieszkać w domach,przynajmniej tak powiedział nam przewodnik.

Dojechaliśmy do celu. Wysiadamy z autokaru i czujemy upał. Duży upał... Chyba podczas całego pobytu w Tunezji,nie było nam tak gorąco. Przed domem(o ile tak to można nazwać), znajduje się piec,w którym Fatima(tak miała na imię nasza gospodyni) piecze chleb. Każdy marzy o tym,aby jak najszybciej zacząć zwiedzanie w środku,bo podczas różnych opowieści,zapamiętaliśmy jedno "w jaskiniach jest chłodno" :) Wchodzimy do środka. Przewodnik mówi kilka słów, po czym Fatima przygotowuje dla nas posiłek powitalny. Jest to chleb wypiekany we wspomnianym już wcześniej piecu oraz jakiś napój,którego kolor wyglądał jak woda z błota, a może i jeszcze gorzej :) Z naszej trójki nikt nie odważył się poczęstować :)
Chętnie za to zwiedziliśmy jaskinie,które stanowiły pokoje i kuchnie. Wejście do każdej z nich było pomalowane na biało i było tak w wielu podobnych jaskiniach/"domach",które mijaliśmy. Nie było tam tak chłodno,jak sobie wyobrażałam,ale można było się schować przed upałem :) Patrząc na groty, kamienne łóżka, puste pokoje, gdzie tylko dywany leżą na podłodze, czy na kuchnie, podziwiam tych ludzi, którzy rzeczywiście tam mieszkają i doceniam to, co mam. Ja nie dałabym rady mieszkać w takich warunkach.
Sam "dom" Fatimy jak i kolejne, które mijamy po drodze,robią wrażenie, a ich widok zapada we wspomnieniach na długo.

Nadszedł czas na obiad,na który każdy z nas czekał. Mamy go zjeść w restauracji wybudowanej również w jaskiniach jak dom Fatimy. Po drodze mijamy górę z wielkim napisem MATMATA,jednak nie zatrzymujemy się przy niej, jak to zrobiły inne autokary. Szkoda :( Zatrzymaliśmy się trochu dalej, gdzie każdy mógł nakarmić młodego wielbłąda mlekiem z butelki i zrobić sobie zdjęcie. Koszt - 1 dinar :) My oczywiście karmimy :) Po paru minutach jedziemy na obiad. Zasiadamy wszyscy w naszej jaskini i głodni czekamy aż przyniosą posiłki :) Kto chce zamawia napoje,jednak przypominam,za napoje płacimy sami. Jest,wreszcie przynieśli jedzenie !!! I co ... ? I wielkie rozczarowanie :( Większość osób coś tam dzióbnęła, ale nie było to ani smaczne ani ładnie podane. Jedzenie przynieśli na  tackach,z których każdy sobie mógł coś nałożyć. Porcje były tak małe,że nikt sobie nie pojadł,albo nic dla niego nie zostało,bo ktoś inny  postanowił sobie nałożyć tyle,żeby sobie pojeść :) W jaskini latały muchy,tak więc trzeba było pilnować jedzenia,bo inaczej zaraz na nim siadały. Ogólnie , dzióbnęłam chyba jeden kawałek ziemniaka i na tym zakończyłam mój obiad :( Ale ja jestem wybredna i nie jadam za bardzo mięsa, sosów, więc u mnie problem z jedzeniem występuje często. Może kolacja będzie lepsza...

Głodni wsiadamy do autokaru i jedziemy do Duoz, miasta zwanego "Drzwiami na pustynie". To tutaj mamy nocować. Jesteśmy na miejscu. Hotel 3 gwiazdki. Dostaliśmy pokój,z którego wychodzi się prosto do basenu. Ogólnie w hotelu były 4 baseny. Trzy zewnętrze i jeden kryty. Pokój nie jest najgorszy,ale w naszym hotelu mieliśmy lepszy. Zdziwiło nas,że niektórzy mówili,że dostali lepszy pokój niż mają w swoim hotelu... Korzystając z godziny wolnego, część osób wskoczyła od razu do basenu. Ja również :) Ochłodziliśmy się,przebraliśmy się i jazda na wielbłądy :) Uwaga,jeżeli chcesz jeździć na wielbłądzie koniecznie ubierz sandały lub pełne buty i zabierz ze sobą okulary przeciwsłoneczne !!  My akurat okulary zostawiliśmy w pokoju,bo stwierdziliśmy,że słońca już nie ma, to po co nosić. Żałowaliśmy ... Słońca w prawdzie nie było,ale piasek wiał za to ostro po oczach :) W końcu to pustynia :) Ale od początku.
Z hotelu podjechaliśmy kawałek autokarem w miejsce,gdzie czekały na nas Dromadery. Są to wielbłądy jednogarbne,na których mieliśmy jeździć. Z resztą w Tunezji nie ma dwugarbnych wielbłądów.
Na początku trzeba było założyć specjalny strój,który miał nas ochronić przed piaskiem. Wypożyczenie takiego stroju kosztowało nas 1 dinar od osoby. Nie jest to obowiązkowe ale: po pierwsze fajnie się wygląda :D Po drugie jak mam jeździć na wielbłądzie to w odpowiednim stroju :D Zrobiliśmy sobie kilka fotek i poszliśmy po nasze wielbłądy. Nikt z nas wcześniej nie jeździł na wielbłądzie,więc trochu przerażająco wyglądało jak wielbłąd wstawał,a jeszcze bardziej przerażająco wyglądało jak wielbłąd siadał(czy jak to się tam nazywa - nie znam się na wielbłądach :)). W końcu każdy dostał swojego wielbłąda i można było ruszyć w głąb pustyni. Zostaliśmy podzieleni na kilka mniejszych grupek i każdy miał swojego Tunezyjczyka, który prowadził w tej grupie wielbłądy na sznurku. Nas niestety rozdzielili więc nie udało się nam porobić fajnych zdjęć na wielbłądach :( A byliśmy tak dobrze na to przygotowani(czytaj,każdy miał swój aparat,aby fotografować drugiego :) ). Na początku jedzie się trochu niepewnie. Ja się bałam o to,żeby nie ugryzł mnie wielbłąd sąsiedni,który pysk miał koło mojej nogi :) Ale szybko nabrałam pewności siebie i to do tego stopnia,że dostałam sznurek do ręki i od tej pory to ja prowadziłam swojego wielbłąda - sama :D BYŁO SUPER !!! Byłam chyba jedyną osobą, której wielbłąda nikt nie prowadził :) Mnie się to bardzo podobało. Tunezyjczyk,który zajmował się moją grupą wielbłądów,cały czas chciał wprowadzić mojego wielbłąda w galop,na co oczywiście mu nie pozwoliłam. Nie wiedziałabym, jak go potem spowolnić lub zatrzymać,a że moja znajomość języków obcych jest dosyć marna,nie wiedziałam,jak się go o to zapytać. Gdyby nie to,na pewno bym spróbowała :D Trudno, najwyżej bym spadła, ale za to jakie wrażenia by były :) Gdy wjechaliśmy już głębiej w pustynie zaczęło mocno sypać piachem. Mieliśmy tam kilkuminutową przerwę podczas,której zsiedliśmy z wielbłądów i można było nabrać piasku do butelek,co oczywiście zrobiłam :) Jest to czas na zdjęcia i rozmowy. Nam zdjęcia nie wyszły,ponieważ robił nam je Tunezyjczyk,który się nami zajmował i chyba nie umiał za bardzo robić zdjęć,chociaż sam co chwilę to proponował :) Udało nam się za to zamieszać grupami i w powrotną drogę nasza trójka wracała już razem. Niestety i tym razem nie było już szans na zdjęcia, które mieliśmy sobie robić, ponieważ było już ciemno i za mocno wiało piachem. Oczywiście mój wielbłąd znowu należał tylko do mnie :) Po przejażdżce można było zakupić zdjęcia,które zrobił fotograf zanim wyruszyliśmy na pustynie. Nie były najlepszej jakości,ale ponieważ z naszych nic nie wyszło - zakupiliśmy :) A tak na marginesie to napiszę jeszcze jedno. Wsiadanie i zsiadanie z wielbłąda wcale nie jest takie straszne jak wygląda. Wręcz można powiedzieć, że jest fajne :) Jazda na wielbłądach jest zdecydowanie przyjemna i na pewno jak tylko będę miała okazję jeszcze kiedyś na przejażdżkę,to z niej skorzystam :) Wrażenia niesamowite. Z całej dwudniowej wycieczki,najmilej wspominam jazdę na wielbłądzie i jeepy. Ale o tym później :)

Wracamy do hotelu i idziemy na kolacje. Wreszcie mam co jeść !! Jestem taka zdziwiona a zarazem szczęśliwa :D Jest nawet zupa pomidorowa. Moja ulubiona :D Nie smakuje tak dobrze jak zupa w naszym kraju,ale nieważne,trochę soli i da się zjeść,a muszę zaznaczyć,że jest to moja pierwsza zupa odkąd jestem w Tunezji :) Zjadłam chyba z trzy talerze :) Bardziej z paserstwa niż z głodu,ale chciałam się najeść nią na zapas :)
Po kolacji wskakujemy do basenu,gdzie siedzimy przy pełni księżyca, mniej więcej do północy . W końcu trzeba iść spać...

Wstajemy o 3:30. Zbieramy się szybciutko. O 4-tej mamy śniadanie(duży wybór jedzenia i smaczne), a potem jedziemy nad słone jezioro Chott El Djerid (Szot El Dżerid) oglądać wschód słońca. Jesteśmy w autokarze. Prawie wszyscy śpią,włącznie z naszym przewodnikiem. My się dzielnie trzymamy :) Nie lubię spać jak gdzieś jadę. Siedzimy na samym początku autokaru,także mamy ładny widok przez przednią szybę. Robimy zdjęcia - rewelacyjne widoki :) Po godzinie 5-tej dojechaliśmy na miejsce. Niestety znowu pech. Chmury zasłoniły nam słońce i wschód słońca nam się nie udał. Zatrzymujemy się. Mamy czas na zakup pamiątek oraz na robienie zdjęć. Znowu dostaliśmy za mało czasu i nie zdążyłam wejść na górkę,żeby zrobić sobie zdjęcie :( Ale za to udało się zrobić kilka innych fajnych zdjęć :) Widoki wspaniałe. Jest pora sucha więc jezioro prawie całkowicie wyschnięte, jednak gdzieniegdzie da się znaleźć różnego koloru "kałuże" z wodą. Najczęściej mijaliśmy czerwoną i taką w odcieniu zieleni i żółci. Jeżeli ktoś chce kupić róże pustyni na pamiątkę,to niech to zrobi tutaj. Za 3 małe płaci się tutaj tylko dinara. My oczywiście nie kupiliśmy i potem słono przepłaciliśmy w Porcie,żeby kupić dla siebie i przywieźć jeszcze w prezencie innym. Udało nam się za to zdobyć coś,czego inni nie mieli :) Na wyschniętym jeziorze znaleźliśmy prawdziwe bryły solne,które oczywiście zabraliśmy ze sobą i nawet udało się je dowieźć w całości do Polski :) Znowu jestem zadowolona :)

Ruszamy dalej w drogę. Teraz będziemy zwiedzać Oazę, a następnie będziemy jeździć Jeepami. Już w autokarze dzielimy się na grupy 4-ro osobowe(do Oazy) oraz 6-cio osobowe(do Jeepów). Obydwie wycieczki będziemy zaczynać z tego samego miejsca.
Zaczynamy od Oazy. Wsiadamy do bryczek po 4 osoby. Gdy zobaczyłam konie,które mają ciągnąć bryczki,zrobiło mi się ich żal. Chude i marnie wyglądające w porównaniu z końmi w Polsce. Na szczęście nie jedziemy daleko.  Oaza, w której byliśmy, nie zrobiła na nas większego wrażenia. W prawdzie zobaczyłam kwiat bananowca, którego nigdy wcześniej nie widziałam, zobaczyłam kwiat i krzew Henny, z którego robi się słynną hennę do tatuaży i farbowania włosów, zobaczyłam drzewo granatu oraz wspinałam się na palmę, ale tak na prawdę nie zobaczyłam nic, co mogłabym zapamiętać na dłużej i nie przeżyłam niczego co warto byłoby zapamiętać. W Oazie wiekowy już Pan, wspinał się na palmę sprytnie jak małpka, bez żadnych zabezpieczeń i puszczał się rękoma na górze, żeby pokazać jaki to on jest fajny... Za cały wyczyn oczywiście chętnie przyjąłby Dinara ... Tacka na Dinarki leżała ... Można też było w Oazie zakupić daktyle za Dinara(w sklepach najtaniej znaleźliśmy za 1,200 dinara) oraz popularną w Tunezji różę pustyni, która tutaj również była w dobrej cenie i znowu nie zakupiliśmy, bo myśleliśmy, że wszędzie są w takich cenach ... Oj, jak bardzo się myliliśmy ... :)
Dosyć szybko skończyliśmy zwiedzać i wróciliśmy do bryczek. I teraz stało się coś,co na pewno zapamiętam na zawsze. Droga była pod górkę. Kilka koni nie było w stanie wyciągnąć bryczek, zatrzymywały się, próbowały je ciągnąć, a powoźnicy tylko okładali je batem i poganiali. Zrobiło mi się tak przykro, że miałam ochotę wysiąść. Tylko co potem ... ? Jak ja trafię do reszty ? To było najgorsze uczucie jakiego doznałam podczas całego pobytu w Tunezji. Postanowiłam sobie wtedy, że nigdy więcej nie pojadę dorożką. Może i nie dotrzymam tego słowa, ale na pewno nie wsiądę do dorożki, jeśli konie, które będą ją ciągnąć nie będą wyglądać porządnie.
Jak dla mnie wycieczkę do Oazy można sobie spokojnie darować.

Prosto z dorożek przesiadamy się wcześniej ustalonymi, 6-cio osobowymi grupami do Jeepów. Jedziemy zwiedzać Chebika, osadę, gdzie niegdyś kręcono "Gwiezdne Wojny" oraz przejedziemy się trasą Paryż-Dakar. Jazda Jeepami była bardzo przyjemna. Najpierw dojechaliśmy do Chebika. Jest to niewielka oaza położona wśród gór Atlas z małym wodospadem. Jest tutaj tłum ludzi i tak na prawdę wszędzie czeka się w kolejce, ale widoki zapierają dech w piersiach. Jest tutaj przepięknie. Pamiętajcie,żeby ubrać sandały lub pełne byty wybierając się na przejażdżkę Jeepami, bo dotrzecie wtedy tutaj. Nam nikt tego nie powiedział i oczywiście pojechałam w japonkach :) Ciężko mi było się wspinać, ale za to spokojnie mogłam sobie pochodzić po wodzie :)  Bardzo dużo tutaj się chodzi, po górkach, pagórkach, przeskakuje się przez strumyk, można się wspiąć na szczyt góry, gdzie już dawno skończyły się schody. Porządne buty się na prawdę przydadzą. Ja mimo japonek postanowiłam się wspiąć. Trochu nieodpowiedzialne, ale bardzo uważałam i było warto :) Oczywiście oddzieliliśmy się od reszty grupy, bo chcieliśmy porobić zdjęcia, na których nie będzie tłumu przechodnich. Po pewnym czasie nasza grupa nam po prostu zniknęła :) Ponieważ było już dosyć późno, postanowiliśmy udać się do Jeepa. Znowu brakło nam czasu na zwiedzenie wszystkiego, ale i tak jesteśmy bardzo zadowoleni. Idąc do Chebika trzeba być przygotowanym na zaczepki sprzedawców, którzy koniecznie będą chcieli nam coś wcisnąć. W sumie... Tak jest wszędzie w Tunezji,gdzie są turyści :) Trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość, której czasami już brakuje :) Do Jeepów wróciliśmy o idealnej porze, ponieważ akurat grupa się zbierała i mieliśmy ruszyć dalej.
Tym razem jechaliśmy przez piaszczystą pustynie, gdzie nasi kierowcy postanowili nam uatrakcyjnić jazdę :) Wjeżdżali na dosyć strome, piaszczyste wzgórza tak, że samochód przechylał się chyba do przodu pod kątem 90 stopni i nagle zjeżdżaliśmy w dół. Te przejażdżki były super i dostarczyły nam wielu radości.
To druga rzecz, którą z całej wycieczki będę wspominać najmilej. Pierwsza, to wielbłądy :) Nagrałam filmik aparatem na pamiątkę - filmik :) ale na filmiku nie widać tego, co tam na prawdę przeżyliśmy i tego jak wyglądały te górki :) Jadąc Jeepami mieliśmy możliwość zobaczenia fatamorgany. Śmieję się,że co to za fatamorgana, skoro wszyscy widzą to samo w tym samy momencie, ale rzeczywiście patrząc przed siebie, było widać w oddali morze, którego oczywiście tam nie było :) Zobaczyliśmy też górę, która kształtem przypominała wielbłąda. Zwana "Górą Wielbłądzią" lub "Szyją Wielbłąda". Nie zatrzymaliśmy się tam, żeby zrobić zdjęcia, ale i tak udało mi się zrobić ładne zdjęcie przez szybę. Oczywiście nawet tam czekali sprzedawcy, którzy jak tylko samochód zwolnił, wskakiwali na Jeepa i przez okno próbowali coś sprzedać ...
Dotarliśmy do osady, gdzie kręcone były "Gwiezdne Wojny". Tutaj mieliśmy dosłownie 15 minut na zwiedzanie. Myślałam, że jest to miejsce, które najmniej będzie mnie interesowało z całej dwudniowej wycieczki, ale okazało się, że wcale tak nie jest. Budowle były tak ciekawe, a widoki tak ładne, że chętnie zostałabym tu parę minut dłużej. Sprzedawcy jak wszędzie, próbowali wcisnąć Ci cokolwiek, chociażby kamyczek ...

I tym sposobem zwiedziliśmy wszystko, co mieliśmy zwiedzić. Teraz czeka nas droga powrotna autokarem. Większość osób ją przespało. Wstawali jedynie na obiad, który tym razem został nam przyniesiony na talerzach, dla każdego osobno. Porcje były małe, ale jedzenie było smaczne. Znowu jadłam jakieś chude mięso, które nie mam pojęciem czym było i chyba nie chcę wiedzieć :) Droga powrotna nie była już tak ciekawa. Jedynym miejscem, o którym warto jeszcze wspomnieć jest Kairouan, gdzie zatrzymaliśmy się na zakupy. Można tu było kupić praktycznie wszystko. Były dywany, wyroby skórzane, drewniane, ceramiczne, były fajki wodne, naszyjniki, kartki i wiele wiele innych rzeczy, które podobno, jak mówił przewodnik, były tu w bardzo dobrych cenach. Jak dla nas, nie było tam niczego, co warto byłoby kupić, ale pozostali robili zakupy i wychodzili stamtąd nawet z kilkoma reklamówkami. W samej miejscowości był również Meczet, ale niestety nie można było wejść do środka. Spędziliśmy tutaj zdecydowanie zbyt dużo czasu, który mogli nam dać na zwiedzanie El Jem czy Chebika. No ale cóż ...

Do hotelu zostaliśmy odwiezieni jako pierwsi, ze względu na to, gdzie był położony. Dla nas - super. Zdążyliśmy spokojnie na kolacje i mogliśmy się dalej wczasować :)

Co się tyczy samej wycieczki na Saharę, to z jednej strony trochu się rozczarowałam a z drugiej strony byłam zachwycona. Przed wyjazdem, gdy czytałam, jak inni opisywali swoją wycieczkę, to wyczytałam tam, że zwiedzili zdecydowanie więcej, zatrzymywali się w miejscach, które my mijaliśmy, mieli więcej czasu na zwiedzanie, mieli więcej atrakcji, chociażby jak np. możliwość wytatuowania podczas wycieczki swojego imienia w języku arabskim. Wiem wiem, można to było zrobić praktycznie wszędzie, nawet przebywając na basenie przy hotelu, niemniej jednak czytając wypowiedzi innych, spodziewałam się czegoś więcej i dlatego poczułam się lekko rozczarowana, jak zobaczyłam, że my tego nie mamy w planie naszej wycieczki. Natomiast byłam też zachwycona tą wycieczką, ponieważ pomimo tego, iż czegoś u nas nie było, a inni to mieli, wycieczka jest warta odbycia. Tyle wrażeń, przepięknych widoków, tylu nowych rzeczy doświadczyłam, że zawsze będę wspominać tę wycieczko jako coś, co warto przeżyć. Jeśli kiedyś będę wybierać się do Tunezji, zdecydowanie będę chciała jeszcze raz wybrać się na dwudniową wycieczkę na Saharę. Może wtedy uda mi się zobaczyć i doznać rzeczy, na które tym razem brakło czasu lub po prostu nie było możliwości... Na pewno wiem już, jak mam się przygotować na taką wycieczkę. Fajnie byłoby odbyć ją inną porą roku, żeby np. słone jezioro nie było takie suche ... A może następnym razem uda zobaczyć się wspaniały wschód słońca ... ? Może uda się zrobić nam ładne zdjęcia na wielbłądach ... ? Może w El Jem nie będzie żadnego festiwalu i uda się zwiedzić koloseum w całości ... ?   Może zatrzymamy się przy napisie MATMATA ... ? Mogłabym tak gdybać i gdybać, ale chyba to nie ma sensu. Jednego jestem pewna, nie pojadę do Oazy dorożką.
Minęło tak mało czasu, odkąd wróciłam z wycieczki, a wspominając ją, pojawia mi się uśmiech na twarzy. Warto było wydać te pieniądze, aby przeżyć i zobaczyć to wszystko. Jeszcze kiedyś tam wrócę ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.
Pozdrawiam :)