środa, 20 lipca 2011

Łeba 2011



 Tym razem wybraliśmy się nad polskie morze. Postanowiliśmy spędzić tydzień w Łebie. 
Byłam już w wielu miejscowościach nadmorskich,ale zawsze wracałam do Łeby. 
Nie wiem,dlaczego ciągle mnie tam ciągnie ...
Zaczęłam jeździć do Łeby jak byłam jeszcze nastolatką i zauroczyłam się w tej miejscowości ... Zawsze podobało mi się to,że Łeba była tłoczna,że żyła praktycznie 24 godziny na dobę... Również to, że niedaleko są "Ruchowe Wydmy",które zawsze odwiedzam ... Zachody i wschody słońca są przepiękne ... Jedyne,co mogłoby wyglądać inaczej to: brakuje mi latarni morskiej w samej Łebie. Najbliższa to Latarnia Stilo lub Czołpino. Obie oddalone od samej Łeby o ok.20 km ... Szkoda też, że plaża jest zawsze taka tłoczna ... Ale coś za coś. Skoro lubię tłok na ulicach,powinnam przyzwyczaić się do tłoku na plaży :)
 Nocleg zarezerwowaliśmy w Głan'ie. Byliśmy tam ostatnio i bardzo nam się podobało. 
Znajduje się on na ul. Kościuszki i składa się z dwóch budynków, w których mieszkają wczasowicze. Nie jest blisko plaży ale to nam akurat nie przeszkadza. 
Na plażę można się przejść spacerkiem :)
Doba w Głanie kosztował nas 50 zł/os ponieważ byliśmy w 3 osobowym pokoju. W pokojach 2 osobowych doba kosztowała 60 zł/os. Nam Głan się podoba. Pokój,który mieliśmy był duży,z lodówką,czajnikiem 
i z małym tv. Przed budynkiem jest oczko wodne z mostkiem. Nie każdemu oczko pasuje, ponieważ jak to w oczku, są glony i czasami zielona woda, niewybranie liście, które spadają z drzew też robią swoje ... Niektórym to przeszkadza, nam akurat nie. Głan ma parking ogrodzony dla swoich Klientów,o co w Łebie czasami jest ciężko wynajmując u kogoś innego. Nie trzeba się obawiać, że braknie miejsca na Twój samochód, ponieważ przed budynkami mieszkalnymi właściciel prowadzi jeszcze parking, płatny dla pozostałych osób, także jeśli braknie miejsca przy budynku mieszkalnym, auto zostawiasz na parkingu płatnym z tym, że oczywiście nie musisz za niego płacić, a samochód masz bezpieczny :) Fajny jest też dodatkowy budynek jaki jest na posesji. Można tam sobie zrobić grilla lub ugotować coś do jedzenia :)  Jest też tam dodatkowa lodówka i drewniany stół przy którym można zjeść. Na tarasie drugiego budynku dostępna jest mikrofalówka oraz grill. Tam również jest stolik z parasolem, aby można było wygodnie posiedzieć.

Do Łeby wyjechaliśmy 2 dni wcześniej,niż planowaliśmy. Wieczorem dotarliśmy do Olsztyna gdzie postanowiliśmy zatrzymać się w Omega Hotel nad samym jeziorem. Pogoda zapowiadała się bardzo ładna,więc stwierdziliśmy,że spędzimy ten czas nad wodą. W rzeczywistości wyszło inaczej :) Cały dzień jeździliśmy po Mazurach. Naszym głównym celem były Mikołajki i Krutynia. Ponieważ byliśmy już tam nie jeden raz,pojechaliśmy tylko tak rekreacyjnie,pochodziliśmy po Mikołajkach,zamoczyliśmy pazurki w Krutyni i wieczorem ruszyliśmy do hotelu. Także z jeziora nici :) Jedynie na co się załapaliśmy to na 2 piękne zachody słońca nad jeziorem. Z dnia na dzień zachód był ładniejszy. Hotel ten ma jedną zaletę. Znajduje się nad samym jeziorem, a nasze pokoje zawsze mają widok właśnie na jezioro :) Minus, pokoje drogie ... Ale to w końcu hotel, nie kwatera prywatna ...
Po dwóch dniach spędzonych w drodze dotarliśmy do Łeby. Ostatni raz w byłam tutaj dwa lata temu. Była wtedy taka,jak zawsze ją pamiętałam, tłoczna, głośna i żyła 24 godziny na dobę. 
W tym roku jest nieco inaczej...
Gdy tylko dotarliśmy do Głana, zanieśliśmy rzeczy do pokoju i ruszyliśmy od razu w stronę morza. Jak tylko weszłam na ulicę zakręciła mi się łezka z radości :) Pomyślałam"znowu tu jestem..." Łeba zawsze była moim ulubionym miejscem. Nie wiem dlaczego właśnie ona mnie tak zauroczyła, ale zostawiłam tutaj część siebie. Jako dziecko wiedziałam, że kiedyś tutaj zamieszkam. Teraz wiem, że tego nie zrobię, ponieważ zanudziłabym się mieszkając tutaj na stałe. Ale wiem też, że zawsze będę tutaj powracać. Czasami co rok, czasami rzadziej, ale zawsze tu wrócę ... Nawet nie pamiętam ile razy już tu byłam i ... zawsze wracałam ... To jest moje miejsce na tej ziemi ... I chociaż wiem, że dla wielu osób, jest to zwykłe miasteczko turystyczne, a dla niektórych wręcz miejscowość, do której nigdy nie chcieli by przyjechać i w której ich zdaniem nie ma nic specjalnego, dla mnie jest to wyjątkowe miejsce i sama nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak właśnie jest. Mniejsza z tym. Najwyższa pora zmienić temat,bo zrobiłam się sentymentalna :)
Wracając do samego przyjazdu. Rzuciliśmy rzeczy w pokoju (nawet się nie rozpakowywałam) i poszliśmy od razu nad morze :) Mieliśmy jeszcze jeden cel. Tradycyjnie obeszliśmy salony z grami aby zobaczyć, gdzie jeszcze zostały fliperki :) Jak zawsze nie zawiedliśmy się i było kilka automatów. Stan może nie najlepszy,ale były. W dzisiejszych czasach prawie nigdzie nie można już ich spotkać, a mój towarzysz niedoli jest ich wielkim zwolennikiem :) Jak nie pobije rekordu na znalezionym fliperku, to potem chodzi osowiały przez kilka dni :) Tym razem rekord został pobity, z resztą jak zawsze  :)
Idąc dalej nad morze, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to spalona knajpa wraz z noclegownią przy wejściu na plażę. Był to "Gród Wiktorii". Jeszcze śmierdziało spalenizną. Knajpa spłonęła na początku lipca, udało uratować się kilka domków wczasowych,ale większość działalności pochłonął ogień. Kompleks ten wybudowany zastał zaledwie parę lat temu. Właściciele chcą odbudować Gród w tempie błyskawicznym. Po całej Łebie rozwieszono ogłoszenia, w których zachęcają do pomocy w odbudowie "Grodu Wiktorii - Zgliszcza". Oferują kiełbaski i piwo. Planowane ponowne otwarcie na 23 lipca tego roku, czyli za parę dni, 
a na razie nie ma tam niczego poza spalenizną ... Nie wiem, jak oni to sobie wyobrażają ale mam jednak nadzieję, że im się to uda. Jakoś pasowała mi ta knajpa w tamtym miejscu, raz nawet się tam bawiłam :) Szkoda, że nie będzie mnie już 23-go, żeby zobaczyć czy udało się osiągnąć zamierzony cel. 
Życzę im powodzenia ....
Poszliśmy dalej... Gdy weszliśmy na plażę zauważyłam od razu, że coraz więcej plaży jest zabierane przez jakieś knajpy, podesty itd. Szkoda... Ta plaża zawsze była tłoczna, stawiając tam cokolwiek, zmniejszają ją jeszcze bardziej... Dodatkowo przybyło wody. Nie pamiętam czy jak byłam tutaj cztery i dwa lata temu, to czy ten poziom już był większy czy podniósł się dopiero teraz. Nie zwróciłam wtedy na to uwagi. Teraz zwróciłam, ponieważ zauważyłam, że kołki po których dawniej chodziłam i robiłam sobie zdjęcia, są teraz zupełnie pod wodą. Gdy nie ruch fali nie byłyby w ogóle widoczne. Ciekawa jestem czy tak już zostanie. Następnym razem, jak będę w Łebie na pewno zwrócę na to uwagę. Pierwszego dnia obeszliśmy prawie całą Łebę. Chciałam zobaczyć co się pozmieniało, co zlikwidowali, co się pojawiło, co rozbudowali ... Jednak to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy, najbardziej mnie też zaskoczyło. W Łebie ogólnie jest bardzo dużo osób, ale jak na Łebę, to jest ich bardzo mało. Nie dziwie się, bo pogoda nie zachęca do przyjazdu, ale jest ich na tyle mało, że nie ma raczej problemu z noclegiem, a tutaj zawsze był w sezonie problem z noclegiem ... Idąc w nocy koło 24-tej, ulice są puste, a dawniej zawszę tętniły życiem. Owszem knajpy i dyskoteki dalej działają, ale na ulicach pusto. Sklepy też zamykają wcześniej, chociaż nadal są sklepy działające 24 godziny na dobę. Jak widać pogoda zniechęciła ludzi do przyjazdu nad morze. Nie dziwię się. Sama też zastanawiałam się, czy nie zrezygnować z tego wyjazdu, bo siedzenie w pokoju przez 7 dni, jak pada deszcz raczej nie napawa optymizmem. Jednak postanowiłam spróbować i przyjechać. Czy przyjechałabym, gdybym nie miała zrobionej rezerwacji i gdybym nie była już umówiona na ten wyjazd z kimś jeszcze ? Raczej nie ... Chyba jednak wybrałabym jakiegoś lasta, a Łebę odłożyłabym do momentu, aż wróci pogoda.... Cieszę się jednak, że tak nie zrobiłam. Pomimo tego, iż pogoda nie zachęca, bardzo się cieszę, że pojechałam do Łeby. Nie było nawet tak źle. Przeważnie nie padało, świeciło też słońce. Pogoda była na tyle łaskawa, że przynajmniej można było pospacerować, pozwiedzać coś. 
W pierwszej kolejności oczywiście ruszyliśmy na wydmy :) Jak zawsze i tym razem mnie zachwyciły... :) Jak zawsze też, przesuwają się w stronę jeziora zasypując powoli las ... Zastanawiam się co będzie, jak dojdą do jeziora... Zasypią częściowo jezioro czy wydmy znikną pod wodą ? Chyba nie chcę się tego dowiedzieć... Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat będę mogła się nimi cieszyć.  
Drugą wycieczką był Park Dinozaurów, który tutaj otworzyli. Oczywiście poszłam tam spacerkiem, ponieważ to bliziutko. Idąc spotkałam pasące się na łące konie. Nie mogłam się oprzeć i podeszłam do nich bliżej, aby zrobić zdjęcia. Dotarłam do parku Dinozaurów. Już z daleka widać było potężną figurę jednego z nich. Wstęp dla dorosłej osoby 25 zł, ulgowy 15 zł. Trzeba mieć legitymację szkolną. To że ktoś wygląda jak dziecko, nie wystarczy. Nie ma legitymacji, nie ma biletu ulgowego.
Teren parku wydaje się bardzo duży. Nie wchodziłam do środka, bo miałam inny cel tej wędrówki. Bardziej interesowały mnie przeróżne żyjątka, które mogłam spotkać po drodze :) I tak udało mi się zrobić kilka fajnych zdjęć ptaków, żabki, jaszczurki oraz wspomnianych już wyżej koników. Z mojej wycieczki byłam bardziej zadowolona, niż gdybym weszła do środka :) Ale miłośnikom takich parków polecam, ponieważ ludzie wychodzili zadowoleni, a przynajmniej tak wyglądali :)
Przed Parkiem Dinozaurów jest prywatny Ogród Ornitologiczny. To był cel mojej kolejnej wycieczki. Ogród ten prowadzi fascynat ptaków. Wejście dorosłej osoby kosztuje 10 zł, dziecka 5 zł. Na samym początku wita nas klatka, w której jest stadko malutkich kociaków :) Są przesłodkie. Dzieci mogą wejść do klatki i bawić się z kociakami :) Na przeciwko jest zagroda, w której znajdują się lamy, kózki i inne zwierzątka. Można wejść do zagrody, jednak właściciel odradza głaskanie lam :) W zagrodzie oczywiście byłam i tym razem posłuchałam rad i nie głaskałam lam, chociaż strasznie mnie korciło :) Ale stwierdziłam, że jedna kontuzja mi wystarczy na tym wyjeździe. Nie wspominałam jeszcze o tym, ale zaraz po przyjeździe uszkodziłam sobie stopę. Niby z zewnątrz nic nie widać, nie wiem nawet kiedy to zrobiłam, ale chodząc odczuwałam straszny ból. Czasami było lepiej i mogłam chodzić normalnie, a czasami bolało tak bardzo, że aż kulałam. Ale to mnie nie zniechęcało przed pieszymi wędrówkami ... :) Stwierdziłam, że noga odpocznie w Krakowie :)  Także, jak już pisałam, druga kontuzja nie była mi potrzebna :) W sumie to zastanawiam się, co by się stało gdybym pogłaskała te lamy ... :D  Pewnie by mnie pogryzły znając moje szczęście :D
Teren, na którym znajdują się ptaki jest olbrzymi. Ptaki mają porobione swoje zagrody. Można tam spotkać przeróżne gatunki od gołębi poprzez kaczki, indyki, gęsie, bażanty m.in.królewskie, po łabędzie czarne, pawie i inne ptaki, których nazw nawet nie znam :) Jeśli ktoś nastawia się na papużki i inne latające ptaszki, to tutaj tego nie znajdzie. Za to, na samym końcu wędrówki można znaleźć ... strusia :) Struś jest fajny :) Taki ruchliwy ... Wszędzie go pełno. Klepał dziobem powietrze, jakby muchy łapał :) Wygląda na oswojonego, przynajmniej jadł z ręki trawę :) Ale z tym karmieniem go, to trzeba jednak uważać, bo jakiś taki pazerny ten struś :) Wyszukiwałam najdłuższej trawy i dopiero mu dawałam, nie spuszczając wzroku z jego dzioba :) Zachłanny łapał wszystko, z czego większość lądowała od razu na ziemi :)  Struś jest zdecydowanie najlepszą atrakcją tego miejsca, przynajmniej dla mnie :)
To co lubię jeszcze w Łebie to przepiękne zachody i wschody słońca. Na zachód słońca można wybrać się w rejs statkiem. Taka przyjemność kosztuje 30 zł za dorosłą osobę i 20 zł za dziecko. Ostatnio byłam na takim rejsie 4 lata tremu. W tym roku jakoś nigdy nie zdążałam na statek i na zachody słońca chodziłam na plażę :)
Co do wschodów słońca to ... Pierwsze moje podejście było zupełnie nieudane. Wszystko wskazywało na to, że będzie przepiękny wschód słońca, nastawiłam budzik, aby nie zaspać tylko ... Hmm ... Budzik był źle nastawiony i nie zadzwonił, a ja obudziłam się 15 minut za późno :(   Poszłam spać dalej ...  Następny dzień, następne podejście. Budzik nastawiony na 3:30. Wcześnie ... Tym razem budzik zadzwonił, wstałam, wyjrzałam za okno, stwierdziłam, że są czarne chmury i zachód nie będzie udany i poszłam spać. Jednak, tylko ja tak myślałam ... Usłyszałam" idę zobaczyć na ten wschód" ... Niechętnie pozbierałam się z łóżka, bo przecież, jakbym się potem dowiedziała, że był śliczny wschód słońca to bym się załamała... Poszliśmy na plażę. 4:30 - wschód beznadziejny... Chmury zasłoniły wszystko ... Wracając ze wschodu słońca co chwilę mijaliśmy ludzi. Było ich bardzo dużo. Pewnie wracali z dyskotek... Część z nich szła na plażę podziwiać wschód słońca, którego nie było :) Część szła do sklepu 24 -godzinnego, część wracała do domu...
I ta właśnie Łeba, była moją Łebą ... To było to miejsce, w którym ludzie chodzili po ulicach 24 godziny na dobę... Ale wieczorem po godzinie 24 znowu nastała cisza i tylko nielicznych można było spotkać na ulicy... Inaczej wyglądało to w weekend, gdzie najechało bardzo dużo osób. W końcu zrobiła się pogoda i ludzie postanowili odpocząć nad morzem. Pewnie po weekendzie wrócą do pracy, ale właśnie w ten weekend, ostatni przed moim wyjazdem, poczułam się jak zawsze w Łebie i musiałam przepychać się na chodniku między ludźmi, aby dojść do celu :)
 Ale powróćmy do wschodu słońca. Kolejna noc, kolejne podejście... Jestem strasznym śpiochem, więc wyobraźcie sobie jak musiałam być zdesperowana, żeby 3 noc pod rząd polować na wschód :)
Tym razem nie poszliśmy spać w ogóle. Gdybym się położyła, na pewno bym już nie wstała :)
Posiedzieliśmy sobie do 3-ciej i ruszyliśmy z aparatem i statywem robić nocne zdjęcia, a potem na wschód :) Na zdjęcia nocne brakło nam oczywiście czasu, ale za to wschód słońca tym razem mieliśmy udany :) Opłacało się nie spać :)
Powoli dobiegł koniec naszego czasu, który mieliśmy spędzić w Łebie i udaliśmy się w kierunku Krakowa...
Jeszcze tutaj wrócę ... :)

Szymbark



Kolejny dzień, kolejna wycieczka. Tym razem padło na Szymbark. 
Szczerze mówiąc nie wiem po co tam pojechaliśmy, bo już kiedyś tam byliśmy i raczej nie liczyłam na coś nowego  :) Ale co tam, może jednak coś się zmieniło :)
Z Łeby do Szymbarku można dojechać busem. Cena ? Jak dla mnie powalająca, 60 zł za osobę. My pojechaliśmy samochodem. Z Łeby jest to ok 90 km. Z daleka było widać,że zbliżamy się do miejsca ponieważ wzdłuż ulicy ciągnęły się chyba kilometrami zaparkowane samochody... Tak samo było, jak byliśmy tutaj za pierwszym razem. Teraz zrobiliśmy dokładnie to samo co przedtem, minęliśmy samochody i pojechaliśmy pod samo wejście. Miejsce znaleźliśmy bez problemu :) Ostatnio też tak było, dlatego i tym razem postanowiliśmy zaryzykować :) Udaliśmy się do kasy. 
Ceny wstępu to 12 zł za osobę, dzieci do lat 6-ciu wchodzą bezpłatnie. 
Wchodzimy...
Tradycyjnie w pierwszej kolejności zwiedzamy knajpy i patrzymy, gdzie można coś zjeść :) Wybraliśmy knajpę na dole w pobliżu domu stojącego do góry nogami. Odradzam tą knajpę !!! Jedzenie dostaliśmy na raty, było niedobre, bardzo długo musieliśmy czekać. Po kuwetach z jedzeniem masowo latały muchy !!! Ale to jeszcze nic. Przyjęto od nas zamówienie na coś,co im się skończyło i zamiast przeprosić za pomyłkę i jakoś rozwiązać problem to my czekaliśmy ... Czekaliśmy ... I czekaliśmy ... Aż w końcu się wydało, że tego nie mają i chyba czekali, aż im ktoś to dowiezie...  :/ No ale nasza cierpliwość sięgnęła granic i w końcu zaproponowano nam coś innego do zjedzenia, co również okazało się wielką pomyłką ... 
To tyle, jeśli chodzi o jedzenie.
W pierwszej kolejności poszłam zobaczyć co tam nowego u słynnej, niegdyś najdłuższej deski. Została ona wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa w 2002 roku. Nie,żeby mnie to zbytnio interesowało, ale skoro byłam już zobaczyć co mają w knajpie do zjedzenia to zajrzałam odwiedzić też deskę :) Tak więc deska jest nadal i ma się dobrze :)
Potem poszłam połazić na zewnątrz. W sumie to nie miałam żadnego celu, ponieważ, jak wcześniej wspominałam,byłam już w Szymbarku i wszystko widziałam :) Weszłam do jednego z budynków, gdzie w środku znajdował się potężny fortepian. Hmm... Tego fortepianu nie pamiętam ...  Jest to największy koncertujący fortepian świata. Ma wpis do księgi rekordów Guinnessa. Oglądnęłam, zrobiłam zdjęcie i poszłam pod dom stojący na dachu. Kolejka do wejścia tak, jak ostatnio dłuuugaaaaa.... Czekania na kilkadziesiąt minut. Poniżej godziny na pewno nie uda się wejść, a czasami czeka się w kolejce nawet i ok 3 godzin :) Ponieważ już kiedyś stałam w takiej kolejce i wiem co mnie czeka w środku, tym razem postanowiłam sobie odpuścić :)  Gdyby była mniejsza to pewnie bym stała, bo w domku mi się podobało, ale dzisiaj była zdecydowanie za długa  :) Do środka wpuszczano małymi grupkami. Wchodzi się przez okno i spaceruje po suficie :) Gdzieniegdzie można zobaczyć elementy wystroju domu np. telewizor. Daje to fajny efekt, ponieważ pamiętajmy,że chodzimy po suficie :) Zwiedzając domek można wejść nawet na piętro :) W pewnym momencie chyba każdy człowiek traci równowagę i czuje się,jakby był pijanym :) To bardzo fajne uczucie i można się przy tym pośmiać :)  Tzn. nie mam na myśli tego,że bycie pijanym jest fajne, żeby mnie ktoś źle nie zrozumiał :)  Każdy będąc w Szymbarku, obowiązkowo musi zwiedzić ten domek w środku, jeśli wcześniej tam nie był :) Warto postać te kilka godzin w kolejce :)
Następnie udałam się w stronę bunkru, ale nauczona doświadczeniem z ubiegłego razu nie weszłam do środka :) Ostatnio gdy byliśmy, pogoda była zdecydowanie lepsza niż teraz. Wtedy weszłam do środka. Ogólnie było bardzo fajnie, gdyby nie jeden mały szczegół... W środku była woda, błoto i ludzie, którzy blokowali cofnięcie się, aby nie brnąć dalej w błotku :) Więc trzeba było brnąć dalej w błotku i w kałużach :) Nie wiem, może to jakoś poprawili i teraz bez względu na pogodę jest sucho w środku, ale nie miałam ochoty na sprawdzanie tego :) Tzn. ochotę miałam, ale nie mogłam tego zrobić, bo potrzebowałam moje buty suche i czyste a na przebranie niczego nie wzięłam :)
Ruszyłam dalej w stronę Domu Sybiraka. Jest to miejsce, które w pewnym sensie jakoś mnie "rusza". Warto tam iść z przewodnikiem i posłuchać, jak opowiada o tamtych czasach. Moja babcia to przeżyła i może dlatego właśnie w takich miejscach, odczuwam to bardziej intensywnie niż pozostali zwiedzający.  Miałam też okazję posłuchać właśnie takiego przewodnika. Do tego dochodzi to,co opowiadała babcia (chociaż Ona raczej o tym nie mówi ...) i pewnie dlatego reaguję ... Hmm ... nie wiem jak to nazwać... Sentymentalnie ?
Po zwiedzeniu udałam się w stronę kolei. Jest to pociąg zwany "Pociągiem donikąd". Takim pociągiem transportowano polskich zesłańców na Syberię. Taka podróż mogła trwać nawet do 3 miesięcy i ilość osób w jednym wagonie wynosiła ok. 50. Warto wejść do środka, do wagonów, można tam trochu poczytać. To, na co zwróciłam uwagę to fakt, że w jednym z wagonów znajduje się wiersz napisany przez moją babcie. Wiersz jest zatytułowany "Kolęda dzieci polskich w Kazachstanie" i znajduje się tam, jako wiersz nieznanego autorstwa. Gdy zwróciliśmy uwagę na to poprzednim razem i powiedzieliśmy, że znamy autora tego wiersza i że jest on nawet w książce autorskiej tej osoby, zwyczajnie nas "olano" i mieli to po prostu "gdzieś" ... Hmm ... A co z prawami autorskimi ... ?  Wiersz wisi tam do teraz, a moja babcia nawet o tym nie wie. Oczywiście, nadal nie ma autora ... Chyba najwyższa pora jej o tym powiedzieć ... 
Zrobiliśmy zdjęcie ... I poszliśmy dalej ...
Dla kogoś kto jest pierwszy raz w tym miejscu, jest to wycieczka na cały dzień. Na prawdę jest gdzie tam chodzić, do tego dochodzi czekanie w kolejce,aby wejść do domu... Warto.  Ja polecam każdemu tą wycieczkę,bo uważam,że mimo paru niedociągnięć jest to ciekawe miejsce,a stanie w kolejce w celu zwiedzenia domu, rekompensuje samo jego zwiedzanie :)

wtorek, 19 lipca 2011

Latarnia Stilo


Kolejny dzień,kolejna wycieczka. Tym razem Latarnia Stilo. Z Łeby można dojechać do niej busem,który kosztuje 25 zł za osobę. Latarnia znajduje się ok.20 km od Łeby. Ponieważ mieliśmy samochód,postanowiliśmy z niego skorzystać.  Niestety pogoda tym razem nie dopisała i co jakiś czas padał deszcz :( Dojechaliśmy na miejsce i zaparkowaliśmy samochód. Parking kosztował nas 7 zł.
No to teraz piesza wędrówka przez las ... :) 
Mamy do pokonania trasę ok 1 km idąc laskiem. Jedni mówią,że jest to 800 m. inni, że 1 km :) Dla mnie to bez różnicy :) Na Latarnie prowadzą dwie równoległe do siebie ścieżki. Ścieżka z lewej strony jest bardziej pionowa, z prawej strony bardziej płaska. Dobra dla osób,które taką trasę pokonują z większym wysiłkiem. 
My wybraliśmy trasę lewą stroną :) Do Latarni doszliśmy tak szybko,że nawet nie wiem kiedy minął ten kilometr. Bardzo fajnie szło się tym laskiem. Pierwsze,na co zwróciłam uwagę chodząc do lasu to krzyż, przy którym stała ławeczka i drewniany stół. Zastanawiałam się co to jest i po co to tam jest. A że nie dało mi to spokoju,w powrotnej drodze poszłam przyjrzeć się temu z bliska. Zobaczyłam tabliczkę na drzewie, która wskazywała miejsce,gdzie odbywają się Msze Św. No tak, to by wszystko tłumaczyło... Ciekawa jestem czy na prawdę odbywają się Msze w tym miejscu i z jakich okazji ? Ale wracając do latarni ...
Dotarliśmy na górę i oczywiście zaczął padać ostro deszcz :) Mnie to akurat nie przeszkadzało, ponieważ wyjątkowo byłam przygotowana :D Miałam nawet parasol ze sobą :D Szkoda tylko,że nie nadawał się zbytnio do użytku,bo gdy szliśmy do latarni,ktoś postanowił zrobić sobie z niego laskę i oczywiście złamał mój parasol :(  Trudno ... I tak byłam przygotowana :) Miałam ze sobą kurtkę z kapturem pod którą schowałam aparat. Wyglądałam,jakbym była w ciąży,ale to szczegół :)
Latarnia Stilo jest otwarta i można można do niej wchodzić. Wstęp kosztuje 6 zł. Szczerze powiem,że nie zwróciłam uwagi na to,czy są bilety zniżkowe. Chcieliśmy wejść do latarni,ale napotkaliśmy się na drobny problem. Byliśmy pod latarnią ok.14-tej, a pech chciał,że akurat od 14-tej do 15 -tej była przerwa :) Ponieważ pogoda była paskudna,a przez godzinę nie było co robić, postanowiliśmy wracać.  Następnym razem zwiedzę latarnie :) To co muszę zapamiętać to, że latarnia otwarta jest 10-tej do 19-tej
i że między 14-tą a 15-tą jest przerwa :)
O latarni nie ma co dużo pisać. Może miałabym więcej do powiedzenia, gdyby pogoda była ładniejsza, ale niestety było deszczowo ...
Wróciliśmy do samochodu i udaliśmy się w stronę Łeby ...

Ruchome Wydmy 2011


Będąc w Łebie obowiązkowo trzeba wybrać na na Ruchome Wydmy,które znajdują się ok. 8 km od Łeby.
Można dojechać tam m.in. meleksami, specjalną kolejką lub na rowerze. Dawniej,jeździły jeszcze dorożki lub można było podpłynąć do Wyrzutni Rakiet stateczkiem. Czy teraz również ? Nie wiem. Dorożki widziałam tylko w mieście i raczej to nie były przewozy na wydmy. Te na wydmy ruszały dawniej z innego miejsca,gdzie teraz ich nie było. Po drodze również żadne dorożki nas nie mijały.
Poszłam też zobaczyć na cenę rejsu ale pomost był ogrodzony ponieważ go remontowali,także statki chyba teraz nie pływają, albo pływają w inne miejsce. Ale na pewno rejs stateczkiem wróci do atrakcji jak tylko wyremontują podest :) Ja na wydmy zdecydowanie bardziej preferuję jednak piesze wędrówki,ewentualnie rowery. Co do dorożek,to mam nadzieję,że je zlikwidowali,ponieważ zawsze żal mi było tych koni ... 
Na same wydmy można iść trasą,którą dowożą meleksy. Idąc tamtędy przechodzimy przez Słowiński Park Narodowy. Idziemy przeważnie w cieniu,więc "zmarzlaki" mogą zabrać ze sobą jakąś bluzę. Dla urozmaicenia trasy,można wrócić plażą. My tak właśnie robimy. Po drodze można zwiedzić również "Wyrzutnię Rakiet". Przyznam szczerze,że nie wiem czy warto czy nie. Ja przez wszystkie te lata,w które chodziłam na Wydmy ani raz nie zwiedziłam Wyrzutni. Zastanawiałam się teraz czy może nie warto ich zwiedzić,ale odpuściłam sobie również i w tym roku :) Może następnym razem ...   :)

Wydmy jak zawsze wyglądały inaczej. Co roku przesuwają się w lewą stronę. Wydaje mi się,że są łagodniejsze. Doszły już do lasu,który częściowo zasypują. Ciekawe czy kiedyś dojdą do jeziora ...
 Widoki są przepiękne. Patrząc w jedną stronę widzimy Park Słowiński. Patrząc w drugą stronę,mamy jezioro. Patrząc w trzecią stronę,jest tylko piach. Czyżby to pustynia ... ? :) A patrząc w czwartą stronę widzimy morze. To właśnie w tamtą stronę kierujemy się docelowo. Wydmy są częściowo ogrodzone. Nie wolno chodzić wszędzie. Pewnie to dla naszego bezpieczeństwa ... Tak sobie to tłumaczę.,ale czy tak jest w rzeczywistości ... ? Tego się pewnie nigdy nie dowiem. Największą atrakcją wydm jest stroma góra, z której ludzie turlają się na sam dół. Przeważnie robią to tylko dzieci i to one mają największą frajdę z tej atrakcji. Będąc nastolatką,również to robiłam :) Znam też dorosłych,którzy tego próbowali :D  O wydmach nie ma co dużo pisać. Trzeba je po prostu zobaczyć i albo się człowiek w nich zakocha albo stwierdzi,że nie było warto... Jak dla mnie- warto, zwłaszcza jeśli za jakiś czas się tam powróci,bo wtedy widać,jak bardzo się one przesuwają ...

Wracamy,jak zwykle morzem. Schodzimy na plażę i widzimy tabliczkę" Łeba 8 km ...". Hmm.. To 8 km idąc plażą zawsze wydaje się jakieś dłuższe... Jakby tych kilometrów było więcej :) Ale za to spacer jest przyjemny i widoki są bardzo ładne. Dla kogoś,kto wracał tamtędy kilka razy,widoki również mogą być zmienne. Mnie rzuciło się w oczy to,że w niektórych miejscach plaża strasznie się zwęziła. Tam, gdzie przeważnie wzdłuż plaży są wydmy, porozwalane są drzewa a z plaży w niektórych miejscach wystają konary drzew. Wygląda to tak,jakby morze strasznie przybrało i wypłukało piach z pod drzew,a one po prostu runęły na plaże. Pocieszające jest to,że akurat w tamtych rejonach,nie ma plaż,na których opalaliby się wczasowicze. Są to plaże typowo spacerowe. Idąc cały czas towarzyszą nam fale i co jakiś czas pojawiają się mewy. Jest bardzo przyjemnie... Dochodzimy do portu  ... 
I na tym kończy się nasza wyprawa na Wydmy. Niby nic specjalnego,ale widoki za to przepiękne. 
I właśnie dla tych widoków warto odbyć ten spacer w obydwie strony :)

Fotorelacja 

niedziela, 3 lipca 2011

Turcja - Alanya


Turcja - Alanya
08.06.2011 – 22.06.2011

W tym roku padło na Turcję.
Wybraliśmy Alanya, głównie ze względu na to, iż jest to duża miejscowość, więc nie powinna dopaść nas nuda.
Wczasy zarezerwowaliśmy u tej samej osoby, u której wykupiliśmy zeszłoroczną Tunezję.
Tym razem jednak wyjazd organizowało GTI. Lecieliśmy samolotem linii Sky Airlines,który wystartował punktualnie w obie strony. Lot trwał jakieś 2 godziny 45 minut czasu polskiego. Pamiętajmy,że w Turcji mamy inną godzinę :) Na pokładzie samolotu dostaliśmy  posiłek i picie. Do wyboru była: bułka z kurczakiem (czyli drobiową wędliną) lub serem oraz napój bezalkoholowy typu cola, fanta, woda,kawa,herbata itp. Każda z bułek posmarowana była dodatkowo jakąś pomarańczową pastą. Szkoda,bo mi osobiście pasta nie smakowała i zjadłam tylko górną część bułki, ale moi towarzysze zaopiekowali się drugą połową :) Do każdego posiłku dodano również ciasteczko na deser :) Ciasteczkiem już się nie podzieliłam tylko sama zjadłam :) Jedyny minus tego lotu był taki,że nie mieliśmy miejsc w jednym rzędzie przy sobie,tylko rozrzucono nas i każdy siedział gdzie indziej,ale na szczęście blisko siebie. Niestety nikt z nas nie miał miejsca przy oknie :( Szkoda mi było widoków,ponieważ lecieliśmy o zmroku i nie mogłam podziwiać oświetlonych miast. Wkurzałam się,bo osoby,które miały miejsca przy oknach smacznie sobie spały, a ja musiałam obejść się bez widoku światełek :( W powrotnej drodze siedzieliśmy już razem,a ja miałam miejsce przy oknie :) Lecieliśmy w dzień,była piękna pogoda więc widoki były na prawdę wspaniałe :)
Na lotnisku szybko odnaleźliśmy swoje bagaże i boczkiem,omijając bramki udaliśmy się w stronę stanowiska GTI. Inni czekali w kolejce, aż wszystkie bagaże przejdą przez bramkę. Nam udało się i celnik (czy jak on się tam nazywa),przepuścił nas bokiem,żeby rozładować kolejkę :) Na zewnątrz budynku od razu dało się poczuć ciepłe powietrze. Pomyślałam "będzie dobrze",pojawił się uśmiech na twarzy i poszliśmy dalej w miejsce, gdzie wskazali nam autokar,którym mieliśmy dojechać do Hotelu.
Droga minęła bardzo przyjemnie. Czystym,klimatyzowanym autokarem, w którym można było zakupić napoje typu piwo, cola, fanta,sprite i wodę. Ceny : piwo - 2,50 Euro,Cola i Fanta -1 Euro, woda - 0,5 Euro. Pani Ela ( przedstawicielka GTI )poinformowała nas, że do temperatury,która jest w rzeczywistości należy dodać jeszcze 10 °C i to jest dopiero odczuwalna temperatura. Sprawia to wysoka wilgotność powietrza, która wynosiła ok.70 % w momencie naszego przyjazdu do Turcji.
GTI bardzo milo mnie zaskoczyło swoją dobrą organizacją oraz tym,że nie miałam się do czego przyczepić. Jestem osobą,która zawsze znajdzie coś,do czego mogłaby się przyczepić,a tu nic :) Także wielki plus dla nich za to,że na wstępie nie wyprowadzili mnie z równowagi :) Rezydentka tego biura, Pani Ela bardzo dobrze wykonywała swoja prace. Interesowała się nami i była pomocna. Pytała czy zgasić światło,czy zimno i takie tam inne :) Wychodziła z każdym do Hotelu,sprawdzała czy wszystko w porządku. Jeśli wszystko było ok., wracała do autokaru i jechaliśmy dalej. Czuć było,że jej zależy. Albo pracuje tam od niedawna i jeszcze się stara albo to na prawdę świetna rezydentka. Co jakiś czas opowiadała nam o Turcji. Poinformowała nas również o fakcie ,że ubezpieczenie GTI gwarantuje nam bezpłatną pomoc lekarza. W razie potrzeby wystarczy zadzwonić do GTI i poinformować ich o konieczności wizyty lekarza. Oni wtedy wzywają go i do około 2 godzin lekarz powinien być w Hotelu. Nie trzeba mu wtedy płacić,nie trzeba nigdzie jeździć. To bardzo dobre i wygodne rozwiązanie. Do tej pory spotykałam się tylko z praktykami,ze płacimy,bierzemy rachunek i rozliczamy po powrocie, a tutaj można było to zrobić od razu bezpłatnie, a pieniążki wydać na wczasach :)  Na szczęście nie musieliśmy tego testować w praktyce ani tutaj, ani w innych krajach,chociaż tym razem bez drobnych kontuzji się nie obyło :) No,ale w końcu jesteśmy na wakacjach. Co to za wakacje bez stłuczeń,pogryzień,ran i innych takich atrakcji ... :)
GTI ogólnie spisało się na medal. Wszystko było załatwione sprawnie, autokary porządne z klimatyzacją,wszystko na czas. Jeżeli wszystkie wczasy tak obsługują to chętnie z nimi jeszcze pojadę. Duży plus ode mnie za te wczasy. Przyznam,że bałam się jechać z GTI,jakoś nie miałam z nimi wcześniej do czynienia. Teraz bardzo chętnie wybiorę się jeszcze z nimi.
Do hotelu jechaliśmy jakieś 3 godziny rozwożąc po drodze innych wczasowiczów. Nie wiem dlaczego,ale chyba jestem jedną z nielicznych osób, która to lubi :) Nasz Hotel, Blue Star **** który wybraliśmy,okazał się strzałem w 10. Bardzo się cieszę,że zdecydowaliśmy się na ten właśnie Hotel. Jest on duży, ładny i przede wszystkim czysty. Jechałam z dużą obawą co zastanę na miejscu,ponieważ okazało się,że w umowie mam wpisany pokój ekonomiczny. Wcześniej nawet nie wiedziałam,że takie są. Bałam się,że wylądujemy w jakiejś klitce bez balkonu z tragiczną,zgrzybiałą łazienką, łóżkiem polowym jako dostawką dla dziecka oraz łóżkiem dla nas z dziurawymi materacami :) Takie tam moje czarne myśli :) Na początku się załamałam,gdy zobaczyłam,co mam wpisane w umowie, ale potem przemyślałam wszystko i doszłam do wniosku,że w czerwcu raczej nie powinny być zajęte wszystkie pokoje,więc w razie potrzeby wymieni się pokój za odpowiednią opłatą. Nie było jednak takiej potrzeby :) Nasz pokój z numerkiem 4104 był na 3 pietrze,miał 2 pomieszczenia mieszkalne,balkon,super mrożącą klimatyzację,lodówkę,tv z Polską telewizją "Polonia TVP",prysznic itd ... Byl czysty,ładny,miał duże wygodne łóżka. Patrząc w lewą stronę z balkonu widać było morze. Patrząc przed siebie, budynek po drugiej stronie ulicy. Nam pasował, bylismy zadowoleni i odetchnęłam z ulgą a na twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia :) Jedyny minus to klimatyzacja,która chłodziła bezpośrednio na łóżko,ale drobne przemeblowanie (z resztą standardowe :) ) i już wszystko było ok :). Jeśli tak wyglądają pokoje ekonomiczne,to mogę zawsze mieszkać w takich pokojach. W Polsce przebywając nie raz w hotelach o bardzo wysokim standardzie,dostawałam czasami gorsze pokoje i przede wszystkim mniejsze. Ale wracając do tematu...
Do pokoju wydawany jest  tylko jeden klucz. Jest on połączony z urządzeniem, włączającym prąd a co z tym związane klimatyzację. Jest to kłopotliwe ponieważ  wychodząc z pokoju wszystko wyłączasz. Z jednej strony to bardzo dobre rozwiązanie, oszczędność prądu itd. ale dla wczasowiczów nie do końca jest to wygodne. Nam udało się uprosić drugi klucz,mówiąc,że dziecko chodzi osobno i mamy potem problem,bo nie ma jak wejść do pokoju jak nas nie ma ,no i dostaliśmy klucz :) Łatwizna :) Tak więc klima fajne mroziła nam pokój podczas naszej nieobecności :)
Tym razem postanowiliśmy skorzystać z sejfu. Chociaż w hotelu o kradzieżach nie słyszano, chcieliśmy się czuć spokojnie ponieważ wzięliśmy ze sobą dużo sprzętu,którego nie chcielibyśmy stracić. Koszt sejfu to 10 euro za tydzień + 10 euro kaucja zwrotna za klucz. My oczywiście zgubiliśmy klucze od sejfu i od pokoju :) Na szczęście nosiliśmy ze sobą klucz,który dostaliśmy jako drugi,a elektroniczny zawsze zostawał w pokoju. Okazało się,że taki elektroniczny klucz kosztuje "jedyne" 30 euro za zgubienie + 10 euro za klucz od sejfu. W sumie kosztowałoby nas to 40 euro,ale skończyło się na 20 lirach. Uff ... :) Żeby było ciekawiej okazało się,że zapasowy klucz do naszego sejfu nie pasuje ! W recepcji innego nie mają a my musimy koniecznie dostać się do niego,bo jedziemy na całodniową wycieczkę i musimy zabrać z niego parę rzeczy ... :/ Chcąc nie chcąc, w recepcji wezwano ekipę z zewnątrz,która rozwierciła zamek w sejfie,żebyśmy mogli zabrać rzeczy, a na drugi dzień,jak byliśmy na wycieczce, wymieniono zamek na nowy. Zastanawiałam się ile policzą nam za tą usługę "extra", ale był to już chyba koszt wliczony w cenę zgubionego klucza :)
Sam Hotel składał się z dwóch budynków: okrągły, w którym była recepcja i drugi,w którym była restauracja. My mieszkaliśmy w tym drugim. Nasz budynek ma 5 pieter,dużo wind i nie trzeba długo na nie czekać. Przez 2 tygodnie tylko raz zepsuła się jedna winda,ale nie robiło to dla nas żadnego problemu,ponieważ parę kroków dalej była druga,a jak nam się chciało to używaliśmy schodów zamiast wind :) W budynku okrągłym jest 9 pieter oraz dwie windy. Współczuje osobom,które maja pokoje w tamtym budynku na wyższych piętrach,zwłaszcza na ostatnim. Byłam tam dwa razy i myślałam,ze nie doczekam się na windę. Strasznie duszno, czekanie na windę może totalnie znudzić ... Ogólnie nie chciałabym tam mieszkać.  Widziałam jeden pokój,podobny do naszego,wiec nie wiem dlaczego niektórzy piszą,ze to lepsza cześć przeznaczona dla Niemców. Ja wole tą,w której byłam i jestem naprawdę zadowolona :)
W Hotelu dla znudzonych wczasowiczów dostępny jest też bezpłatnie bilard,a dla osób lubiących wysiłek siłownia. Za każdym razem,jak przechodziliśmy koło bilarda mówiłam,że musimy sobie zagrać,ale jakoś nigdy nie było czasu :) Nie korzystaliśmy ani z jednego ani z drugiego :) Odpłatnie jest SPA i inne takie, zupełnie niepotrzebne jak dla mnie rzeczy. Tak, tak wiem ....Są zwolennicy takich atrakcji :) Ja tam wolę wyjść i przejść kilka kilometrów na nogach,zobaczyć coś ciekawego i porobić kilka fotek niż tracić czas relaksując się w taki czy inny sposób. Ale każdy jest inny i każdy lubi co chce,tak więc zostawiam ten temat w spokoju :)
Mieliśmy opcję all inclusive. Jedzenia i picia pod dostatkiem od 7-mej do 24-tej. Nikt niczego nie żałował,można jeść i pić do bólu. Pewnie niektórzy stwierdziliby,że jedzenie mało urozmaicone,ale ja tego w ogóle nie odczułam. Posiłki podawane w taki sposób,że każdy dla siebie znajdzie coś dobrego :) Była nawet kuchnia dietetyczna. Jedno jest pewne,głodnemu się chodzić nie będzie. Jedzenie ogólnie pyszne. Nawet ktoś tak wybredny jak ja,znajdzie dla siebie coś smacznego :) Lody podawane przy kolacji tak dobre,że brakuje mi słów. Każdy smak czuć intensywnie,nie to co u nas. Lody cytrynowe,aż wymuszają kwaśny grymas na twarzy :) Z ciekawości kupiłam też lody na mieście,ale smak nie był już tak intensywny jak tych w hotelu. Chociaż w sumie,nie kupowałam lodów gałkowych tylko takie pakowane. Po co miałam kupować gałkowe,skoro w hotelu miałam ich pod dostatkiem?  Może tylko te gałkowe mają aż tak intensywny smak ?  Na mieście kupowałam Magnum Pistacjowe. W Polsce  nie widziałam takich, a szkoda... Cena jednego 2,5 lira. Ciut mniejszy niż polskie Magnum ale równie dobre. Zjadłabym go sobie teraz ... :(  
Ciekawe dlaczego nie ma ich w naszym kraju ?
Co do jedzenia w Turcji,nikt z naszej trojki nie miał rewolucji żołądkowych. U innych też nie słyszeliśmy,żeby mieli jakieś problemy. Pewnie cola pita litrami pozabijała wszystko :)
Napoje w barach basenowych podawane są głównie w plastikowych kubkach wielokrotnego użytku, jednak jeśli poprosisz o  napój w szklance to taki dostaniesz bez żadnego problemu. Nikt się nie dziwi,nie robi jakiś min,po prostu nalewają napój do szklanki. Plastikowe kubki przyjęte są głównie przy basenach i na plaży. W sumie nie dziwie się. Taki dzieciak na śliskiej,mokrej podłodze przy basenie ze szklanką ... to mogłoby się źle skończyć... Do napoi ciepłych cały czas są dostępne filiżanki, a do wina kieliszki. Przy obiedzie napoje wydawane są tylko w szklankach,filiżankach i kieliszkach, plastikowe kubki zostają przy basenowych barach.
Obsługa,miła, sympatyczna, ogólnie czysto. Bardzo szybko sprzątają po posiłku. Jeżeli skończysz jeść lub wypijesz swój napój, zaraz ktoś przyjdzie posprzątać. Każdy posiłek nakładasz sobie na nowym talerzu a napój dostajesz w nowej szklance/kubku. W sumie fajnie, ale trochu mnie to wkurzało,zwłaszcza na początku :) Potem człowiek przyzwyczaił się do tego :)
W hotelu są dwa baseny zewnętrzne. Jeden ze zjeżdżalnia,drugi bez. Brodziki są przy obydwu basenach. Basen ze zjeżdżalnia prawie cały dzień jest słoneczny,ten drugi po południu powoli zachodzi cieniem. Dobry dla osób,które spaliły się na słoneczku lub które wolą poleżeć w cieniu. W basenach można leżeć na materacach,grac w piłkę, praktycznie robisz co chcesz :) Nasz Hotel miał ładne duże baseny,chociaż zaraz po przyjeździe wydawało się nam,że są one małe :) Spacerując po Turcji widzieliśmy wiele basenów ale mało wielkościowo podobnych do naszych. Jeżeli już się taki znalazł,to był tylko jeden. Przeważnie widzieliśmy malutkie baseniki z paroma leżakami albo i bez leżaków! My mieliśmy aż dwa duże baseny :)
Jadąc do hotelu Blue Star koniecznie zapakujcie materace,kółka i inne dmuchane zabawki. Jak macie miejsce w bagażu zabierzcie więcej,na zapas,a jak nie macie miejsca to kupcie na miejscu :) My zabraliśmy 3 materace, został jeden i to tylko dlatego,że postanowiliśmy go oszczędzić :) Jeśli lubicie wodę i zabawę wybierzcie basen ze zjeżdżalnią. Można zjeżdżać na wszystkim co dmuchane :) Zabawa jest super,dla dzieci, dla starszych, dla wszystkich,którzy czują się na silach. Niby niepozorna zjeżdżalnia a dostarcza tyle radości. To właśnie na niej nasze materace się rozpadły. Ale nie załamywaliśmy się zbytnio bo oprócz naszych, były tez materace i kółka basenowe,wiec dalej mogliśmy się bawić. Dostać jednak basenowe "sprzęty" było bardzo ciężko ponieważ każdy amator zjeżdżalni na nie polował. Zwłaszcza na duże dmuchane kółko, na którym zjeżdżało się najfajniej i które oczywiście nie dożyło naszego wyjazdu. Na szczęście swój żywot zakończyło dzień przed naszym powrotem do Polski,więc nie odczuliśmy tego drastycznie :)  Prawie codziennie widać było przy basenie dziurawe materace. Nie wiem czy tak jest przez cały sezon czy akurat my trafiliśmy na "materacową ekipę" ale bardzo miło to wspominam :) Zostawiając już "materacową zjeżdżalnię" trzeba wspomnieć,że przy basenach leżaki,maty i parasole są bezpłatne. Jeśli interesuje Cię basen ze zjeżdżalnią warto zejść na wczesne śniadanie (czyli przed 7-mą) i zarezerwować leżaki. Na początku,jak przyjechaliśmy nie było takiej potrzeby ale od 15 czerwca najechała cała masa Polaków i trzeba było zacząć wcześnie wstawać...
Ci co zamiast basenu woleli spędzać czas na plaży  mogli dojechać tam hotelowym bezpłatnym, klimatyzowany busem, który jeździł co 15 minut lub przejść się spacerkiem ok 10 minut.
Plaża czysta,drobno żwirkowa,woda ciepła tylko strasznie słona. Błee ... :) Fale raz mniejsze, raz większe... Te większe potrafiły nieźle poturbować człowieka ale były za to super :) To je najmilej wspominam z kąpieli w morzu :) Na plaży leżak z matą płatny 4 liry, parasol również 4 liry za dzień. Bufet czynny od 10-tej do 17-tej a w nim od 12 do 14 bezpłatnie w opcji all inclusive m.in. hamburgery,frytki. Napoje wydawane od otwarcia do zamknięcia :).
Do centrum (od strony portu) Alanya można dojechać hotelowym busem,który jeździ 2 razy dziennie o 11 i o 14, powrót we własnym zakresie. Na szczęście spacerek jest przyjemny choć w upalny dzień może wykończyć :)
Animacje moim zdaniem ogólnie słabe. Wcześniej zastanawiałam się,jak ktoś może pisać,że w hotelach są słabe animacje. Myślałam, że pewnie piszą to osoby,które wymagają nie wiadomo czego... Teraz już wiem,że animacje na prawdę mogą być słabe. Przynajmniej wcześniej widziałam o wiele lepsze. Rozczarowałam się,ponieważ szukałam hotelu sugerując się również nimi. W dzień animacje prawie niezauważalne. Ekipa animatorów z każdym dniem się rozkręcała ale jeszcze dużo czasu im zajmie zanim nauczą się zachęcać ludzi  do zabawy. Chociaż z dnia na dzień było ich widać coraz więcej :) Największą popularnością w ciągu dnia cieszył się dart. Wieczorne animacje były zdecydowanie lepsze,ale strasznie krótkie. Zaczynały się o  21-szej, a kończyły ok. 22:20. Wcześniej było coś dla dzieci,chyba od godziny 20-tej. Prawie zawsze jak byliśmy,zajęte były wszystkie stoliki i trzeba było siadać przy tych "obiadowych". Nie chodziliśmy codziennie na animacje,ponieważ w tych godzinach przeważnie byliśmy na jakiejś pieszej wędrówce :)

Co do przepisów celnych,to są one przestarzale. W/g nich drogi sprzęt należny zgłosić podczas odprawy celnej,żeby wpisać go do paszportu. Gdy chciałam to zrobić,przy odprawie paszportowej,to nie za bardzo wiedzieli o co mi chodzi i po co, więc olałam sprawę i poszłam dalej bez wpisanego do paszportu sprzętu. Pomyślałam sobie "trudno, najwyżej sama siebie zwyzywam potem za swoją głupotę", ale wszystko przebiegło sprawnie i nie było żadnych problemów na granicy. Ludzie przewozili laptopy i inne rzeczy,nie widziałam,żeby ktokolwiek miał problem.
Jeśli chodzi o walutę to moim zdaniem nie ma znaczenia co weźmiemy,ale na upartego można zabrać: Dolary na wizę, ponieważ najszybciej leci kolejka, w której można kupić wizę właśnie za Dolary :) Poza tym w momencie,gdy lecieliśmy do Turcji, przeliczając wizę na Dolary i Euro,bardziej opłacało się płacić w Dolarach. Taki kurs... Wiza kosztuje 20 dolarów lub 15 euro. Każdy może sam zdecydować czym chce zapłacić. Na większe zakupy i wycieczki można zabrać Euro. Ceny (przynajmniej w Alanya,jak byliśmy) podawane są w Lirach lub w Euro. Nigdzie nie widziałam cen podanych w Dolarach ale można nimi płacić. Tak na prawdę to nie ma znaczenia jaką walutę ze sobą zabierasz. Każdy sprzedawca odpowiednio przeliczy na Dolary,Euro czy Liry. Jeśli ktoś chce wymienić walutę najlepiej poszukać kantorów lub banku ,gdzie kurs jest zdecydowanie lepszy niż w hotelach. Zanim jednak wybierzemy miejsce, w którym chcemy to zrobić,trzeba zwrócić uwagę na to,czy pobierana jest prowizja za wymianę. Jest to popularna praktyka także trzeba uważać.
Przyjeżdżając do Turcji myślałam,ze "naganiacze"(jak to ja ich nazywam), będą tak samo odczuwalni jak w Tunezji,ale myliłam się. Owszem,zaczepiają, ale nie tak nachalnie
i nie tak często jak myślałam zanim przyjechałam do Turcji. Gdy kilka razy nie dasz się wciągnąć w rozmowę z danym sprzedawcą,a musisz często koło niego przechodzić,odpuszcza i nie zaczepia Cię więcej,ale też nie rezygnuje. Przynajmniej my tak mieliśmy. Sprzedawcy, Fryzjerzy którzy znajdowali się na naszej trasie Hotel - piesze wędrówki,zawsze się z nami witali i machali nam z daleka niezależnie od tego,co robili w danym momencie. Czasami śmialiśmy się,bo np. u Fryzjera na krześle siedzi mężczyzna,który ryzykuje swoje życie oddając się z ręce obcego mężczyzny z brzytwą w dłoni,a fryzjer nagle zostawia całą swoją pracę,aby nam pomachać na powitanie. I macha nam uśmiechnięty od ucha do ucha trzymając brzytwę w dłoni,którą macha :) W sumie ... to było nawet przyjemne. O ile samo naganianie irytuje mnie strasznie to takie witanie odbieram zupełnie inaczej. Aż mam ochotę po pewnym czasie sama ich odwiedzić i coś u nich kupić. Może właśnie to tak ma działać ? Taki sposób na turystów ? Hmm ... Niby dobry,ale z drugiej strony do bani. Za każdym razem jak przechodziliśmy koło takiego jednego sprzedawcy mówiłam (dobrze,że nie jemu :) ),że przed wyjazdem przyjdziemy do Niego i coś u Niego kupimy,ale w praktyce wyszło inaczej. Zakupy zrobiliśmy gdzie indziej, a o naszym sprzedawcy zapomnieliśmy. Potem już nie mieliśmy po co do Niego wchodzić :(
W Turcji do nabycia są fajne karty telefoniczne,z których można tanio dzwonić do Polski. Niestety tylko na rozmowy stacjonarne. Karta taka kosztuje 5 lirów. Jest to najtańszy sposób na dzwonienie. Przetestowane,działa fajnie i można spokojnie porozmawiać,nie trzeba się spieszyć. Nie napiszę na ile minut dokładnie starcza ponieważ tego nie wiem. Nasza karta starczyła nam na kilka normalnej długości rozmów,ale wiadomo,dla każdego "normalna długość rozmowy" oznacza coś innego :) Z telefonu komórkowego w roamingu minuta połączenia w momencie,gdy byliśmy w Turcji wynosiła 5 zł.

Przebywając w Alanya,chyba codziennie robiliśmy sobie wycieczki. Przeważnie chodziliśmy na nogach,ale czasami musieliśmy podjechać gdzieś dalej. Taksówki ogólnie są drogie,ponieważ w Turcji jest drogie paliwo. Litr paliwa przeliczając na Polską walutę kosztuje ok.9 zł. Zdecydowanie lepiej jeździć autobusami. 1 i 2 można dojechać w okolice naszego hotelu (Blue Star) oraz do centrum Alanya, a 4 na Wzgórze Zamkowe. Przystanki są co kawałek, natomiast brak na nich rozkładu jazdy. Na każdym przystanku jest mapka,na której rozpisane jest,którędy jedzie dany autobus. Nad mapką ładne wypisane wszystkie autobusy. Niech Was to nie zmyli ponieważ wygląda to tak,jakby te autobusy jeździły tamtędy. Przynajmniej,my nauczeni,że jak w Polsce na przystanku jest numer autobusu tzn. że on tamtędy jeździ. Tutaj jest inaczej. To,że na przystanku jest autobus numer 4 nie oznacza,że ten autobus tamtędy jeździ. My zanim się o tym dowiedzieliśmy staliśmy na przystanku ok. 40 minut bo była tam 4 ale autobus coś nie chciał przyjechać. Poszliśmy więc na następny przystanek,gdzie staliśmy jakieś 15 minut po czym zdecydowaliśmy się,że idziemy jednak na nogach,bo nie wiadomo co z tym autobusem. Z tego co zaobserwowaliśmy stojąc na przystankach to jeździły co chwile autobusy nr.1 i 2,natomiast 1 raz jechała prosto,a za drugim razem skręcała przed przystankiem,co było dla nas dziwne,no ale cóż, widocznie tak tu jest :) Stwierdziliśmy,że  autobusy jeżdżą  tutaj chyba jak chcą :) Jak jest w rzeczywistości z nimi tego do tej pory nie wiem :) Gdy doszliśmy prawie do końca plaży okazało się,że znaleźliśmy przystanek autobusu nr.4 i tam był już rozkład jazdy (jedyny jaki widzieliśmy w Alanya), a potem podjechał autobus. Koszt za osobę to 1,25 lira. Dobrze mieć drobne,ponieważ płaci się kierowcy. Nie ma biletów ani kasowników. Fajnie, bo nie mają też kanarów w takim razie :) Autobusem wjechaliśmy na samo Wzgórze Zamkowe nazywane tam Kale. Koszt wejścia do środka to kolejne 10 lirów. My nie wchodziliśmy,ponieważ  słyszeliśmy,że nie warto,że niczego ciekawego tam nie ma,a te same widoki zobaczymy z zewnątrz,ale najlepiej samemu zdecydować czy chce się wejść czy nie. Ja teraz żałuję,że jednak nie weszliśmy. Żałuję też,że nie weszliśmy do Meczetu,których w Turcji jest na prawdę dużo. Ale to właśnie tak się kończy,jak zostawia się coś na potem. W zeszłym roku też nie zwiedziłam Meczetu,bo zostawiałam na następny raz,a potem brakło czasu. Niektórzy ludzie nie uczą się na błędach :)
Ponieważ w Turcji jest dużo żółwi,jadąc tutaj postanowiłam,że muszę wrócić ze zdjęciem żółwia. Schodząc ze Wzgórza zobaczyłam jednego,ale zanim pobiegłam do córki po aparat,to żółw już zwiał. Puściłam się za nim w krzaki ale wlazłam w mrowisko i chcąc zrzucić z siebie mrówki kopnęłam w krzaki,które pocięły mi palce u nóg (byłam w japonkach :) ).Zanim się otrzepałam żółwia już nie było,a następnego nie znalazłam :( Znalazłam za to coś innego,chociaż do żywych stworzeń tego zaliczyć nie można :) Schodząc ze wzgórza kilkakrotnie mijaliśmy  groby. Ciekawe kto tam jest pochowany? Wzgórze to piękne miejsce na pochówek,chociaż same groby wzbudzały mieszane uczucia. Z jednej strony wyglądają jakby były opuszczone,a z drugiej strony widać ze ktoś tam przychodzi.Wracając ok. 21:30 czasu tureckiego pogryzły mnie komary! Byłam w szoku,że one tu są. Nie było ich dużo,ale trafiały się co jakiś czas. Poza tym,schodząc po ciemku ze Wzgórza uwaga na pojemniki ze śmieciami hihi... Czają się tam bowiem ... koty,które nagle wyskakują znienacka i doprowadzają osobę przechodzą o zawał serca :) Taaaaa... Pierwsza wyprawa na Wzgórze nie tylko była udana, ale była też pełna drobnych przygód i zdecydowanie ciekawa :) Ogólnie na Wzgórzu byliśmy 3 razy. Nie wiem dlaczego,ciągle mnie tam ciągnęło :) Zawsze schodziliśmy na nogach i staraliśmy się iść o innej porze. Zawsze szłam z zamiarem zrobienia konkretnego zdjęcia i zawsze potem żałowałam,że nie wzięłam drugiego obiektywu. Ale w taki upał nie chciało mi się dodatkowo nosić torby ze sprzętem fotograficznym. Następnym razem na wyprawy przygotuję się inaczej :)


Podsumowując Turcję mam mieszane uczucia. Z jednej strony to piękny kraj z wieloma miejscami do zwiedzania,a z drugiej strony nic ciekawego... Zaraz zwolennicy Turcji  mnie zlinczują za to co napisałam,ale takie są moje odczucia :/ Wjeżdżając do Turcji nie zobaczyłam niczego co by mnie urzekło lub wzbudziło moje zainteresowanie. Po prostu kraj jak każdy inny. Owszem jest tutaj dużo ciekawych miejsc do zwiedzania,ale takie miejsca są wszędzie,nawet w Polsce. Żeby mocniej nie podpaść miłośnikom Turcji mogę napisać jedynie,że im dłużej byłam w Turcji,tym bardziej zaczynała mi się podobać, także nie jest ze mną aż tak źle :) A może po prostu się przyzwyczajałam ? :) Z innymi krajami tak nie miałam. Od razu albo mi się podobały albo nie,a tutaj ... Może kiedyś zmienię zdanie :) Przebywając na początku w Turcji powiedziałam sobie,że więcej do tego kraju nie wrócę. Teraz postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę. Pojechać w inny rejon,może Oludeniz? Zwiedzić Pamukkale i Kapadocję. Wtedy pewnie zakocham się w Turcji,ale na razie niestety tak się nie stało i pewnie nie prędko się stanie,ponieważ wrócę tam dopiero,jak nie będę miała pomysłu na inne miejsce albo jak pojadę tam na doczepkę z kimś innym. Sama na razie nie planuję tamtego kierunku, ale w życiu nigdy nic nie wiadomo :)
Miasteczko,w którym mieszkaliśmy - Alanya to dla mnie typowe miasteczko turystyczne,zresztą też nic szczególnego. Nic czym by się wyróżniało od innych nadmorskich miasteczek poza tym,że jest duże, ma Wzgórze Zamkowe i Czerwoną Wieże. Ładne deptaki,plaża,dużo miejsc do chodzenia, ale to wszystko jest wszędzie w dużych miasteczkach nadmorskich. Jak każda inna miejscowość turystyczna Alanya posiada wiele miejsc,które potrafią wyjść bardzo fajnie na zdjęciach. Oglądając swoje zdjęcia z tego kraju uważam,że Turcja jest przepiękna. W rzeczywistości jest to po prostu Turcja... Już nie jest tak ładna jak na zdjęciach.  Jedyne co tak na prawdę mnie urzekło,to siłownie na świeżym powietrzu stawiane w różnych miejscach miasta. Ćwiczą tam (bawią się) dzieci,jak i dorośli i to jest coś fajnego,chociaż sama na siłowni nie ćwiczę. Jest to po prostu coś pozytywnego. Spodobało mi się też miejsce do grillowania. Udajcie się na spacer z Alanya w stronę Antalya (nie pomylcie nazw :) ). Idąc chodnikiem po lewej stronie w końcu dojdziecie do miejsca,gdzie całe rodziny zbierają się wieczorem (przynajmniej my byliśmy tam wieczorem),siadają przy stoliku i grillują. Grill wymurowany jest chyba przy każdym stoliku. Widok na morze,stoliki wśród drzew ...  W prawdzie przy ulicy,ale i tak to miejsce ma swój klimat. Miejscowi,których tam spotkaliśmy bardzo przyjaźnie nastawieni. Witali się z nami,uśmiechali,zapraszali,ktoś tam nawet chciał poczęstować :) Nie skorzystaliśmy,ponieważ spieszyliśmy się na zachód słońca,ale było to bardzo miłe. Podobały mi się te rodzinne posiłki,to ich wspólne spędzanie czasu. Tych stolików było tam na prawdę dużo,a prawie wszystkie były zajęte. Poza jedzeniem na grilla, na stołach można było znaleźć owoce (np.arbuzy),dzbanuszki na herbatę i inne rzeczy,które można spożyć. W Polsce pewnie wszystkie takie stoliki byłyby puste albo poniszczone ...
Jeżeli chodzi o plaże to jest ona bardzo zróżnicowana. W samej Alanya zdecydowanie polecam Plażę Kleopatry. Nie dajcie się zwieść opowiadaniom,że jest to plaża piaszczysta. Piasku tam nie znajdziecie,za to drobniutki żwirek i trochu kamieni w wodzie. Jednak to i tak najładniejsza plaża w Alanya. Po drugiej stronie, od strony portu plaża jest tragiczna. Przynajmniej ja tak myślę,ale nie każdy musi się z tym zgadzać. Brudna,zarówno woda jak i plaża. Im dalej od portu tym czystsza (wiadomo), ale i tak to nie to .... Plaża przeważnie kamienista,w wodzie również kamienie,ciężko wchodzić do wody bez butów. Po tej części portu, buty do wody są obowiązkowe dla każdego. Idąc dalej i oddalając się od portu, w wodzie pojawia się jeszcze beton! Byłam w szoku! Jak dla mnie to niebezpieczne,bo fale rzucają a ludzie się przy tym kapią. Chyba się starzeję,bo zaczęłam zwracać uwagę na bezpieczeństwo ... :) Co jakiś czas wpada do wody coś ala rzeczka. Wygląda na czysta wodę,ale co to jest nie wiem :) To co najbardziej podobało mi się po tej stronie portu to zdecydowanie większe fale,ale wole jednak bezpieczniejszą plażę kosztem mniejszych fal.
W Turcji jest dużo kotów. W naszym Hotelu przy obydwu basenach była mamusia z małymi. Każda kotka miała po 4 młode. W godzinach obiadu i kolacji przed recepcją na ulicy zbierały się okoliczne koty ,czekające na jedzenie,które wyniosą wczasowicze :) Koty były wszędzie,w całej Turcji. Nie były tak chude jak Tunezyjskie koty ale więcej jedzenia też by im się przydało. Dlatego,jeśli ktoś wybiera się do tego kraju i ma miejsce,niech weźmie ze sobą jakąś kocią konserwę,na pewno się nie zmarnuje. Do suchego raczej nie są one przyzwyczajone,więc raczej by nie zjadły,a ta mała puszeczka,którą możecie dodatkowo zapakować dla jakiegoś kotka,może być jedynym posiłkiem jaki zje w ciągu dnia...
Skoro mowa już o jedzeniu,to polecam obwarzanka (precelka czy jak to tam się nazywa w różnych rejonach Polski). Sprzedają je podobnie jak u nas,tylko z drobnym wyjątkiem. Oni,przekrajaną je na pół i smarują serkiem. Pychotka :) Muszę tutaj takiego spróbować :) A skoro już coś polecam to muszę jeszcze obowiązkowo wspomnieć o pysznych sokach ze świeżych owoców. Można je kupić od 1,50 lira do 7 lirów. Różnią się wielkością. Przeważnie wszędzie są po 3 liry i średnio na jedna duża szklankę soku wchodzą 4 pomarańcze. Sok jest wyciskany przy kupującym,także na prawdę dostaje się świeży,pyszny i przeważnie słodki soczek :) Nie sugerujcie się brzydko wyglądającymi pomarańczami, po prostu kupcie :) W Polsce takich pomarańczy w życiu bym nie kupiła. Pomyślałabym,że są niedojrzale,kwaśne i w ogóle niedobre ,a tutaj tak wyglądające pomarańcze są dobre i bardzo soczyste. Jak już pisałam z 4 pomarańczy wychodzi duża szklanka soku. Musze sprawdzić ile pomarańczy w Polsce wejdzie mi na taka sama szklankę,ale pewnie będzie ich zdecydowanie więcej a sok będzie pewnie kwaśny :) Przetestuję :)

Z innych ciekawostek (nie wiem ile w tym prawdy),ale przewodnik,który był z nami w K.A.S. powiedział, że palmy w Turcji nie są roślinnością naturalną. Są tutaj sadzone na sezon. Kazał nam zwrócić uwagę na to,że poza centrum, gdzie przebywają turyści,nie ma palm,a w szkółkach drzewnych jest ich pełno.

Jadąc do Turcji miałam swoje cele. Niestety nie wszystkie udało się zrealizować... :(
Jednym z nich było: zejść ze Wzgórza Zamkowego - zrobiłam to 3 razy. Nie chciałam iść na łatwiznę i zjeżdżać taksówkami lub autobusami gdzieś,gdzie tyle rzeczy można zobaczyć. Schodząc ze Wzgórza o różnych porach zawsze znalazłam coś nowego,co mnie zafascynowało.
Chciałam zrobić zdjęcia nocne z tego wzgórza i zrobiłam. Nawet z niektórych jestem zadowolona :)
Chciałam sfotografować spotkanego żółwia - udało się,chociaż było ciężko... Po pierwszym spotkanym żółwiu,któremu nie udało mi się zrobić zdjęcia,załamałam się. Już myślałam,że nigdzie nie znajdę żółwia,ale myliłam się.Spotkałam jeszcze 3 :) W prawdzie były one w Side a nie na Wzgórzu Zamkowym, ale to przecież też Turcja więc zaliczam jako osiągnięty cel :)
Chciałam spróbować świeżo wyciskanego soku - hmm ... Pychotka. Pomarańcze w Turcji strasznie mi smakowały. Tak bardzo,że nawet przywiozłam je do Polski,ale już wszystkie zjadłam :(
Chciałam spróbować też tureckich lodów i zrobić zdjęcie Turkowi, który nakłada te lody na takiej długiej łopatce,ale tutaj się rozczarowałam. O ile lody jadłam i są pyszne to Turka nakładającego w ten sposób widziałam tylko raz. Było to przy wodospadach i oczywiście brakło mi czasu na pstrykniecie zdjęcia i zakup u niego lodów :(  Musiałam zadowolić się pysznymi lodami hotelowymi oraz Magnum Pistacjowym :)
Chciałam pojechać na wycieczkę K.A.S, Pamukkale oraz Kapadocję - cel niestety tylko częściowo zrealizowany. Do Pamukkale i Kapadocji nie pojechałam. Siła wyższa. Przed wyjazdem już,wiedziałam,że niestety nie dam rady tam pojechać. Może kiedy indziej ... K.A.S zaliczone, ale czuje niedosyt tej wycieczki przez brak czasu do zwiedzania.
Chciałam też zrobić zdjęcie pięknego zachodu i wschodu słońca - hmm ... Zachodu ładnego nie da się chyba zrobić w Alanya, chyba ze od strony portu,nie wiem,nie byłam tam o zachodzie. Ale wątpię,żeby było to możliwe ponieważ słońce chowa się za góre znajdująca się w stronę Antalya. Postanowiliśmy sprawdzić gdzie dokładnie zachodzi to słońce ... Przeszliśmy jedna gore,okazało się,ze za nią jest następna... Przeszliśmy kolejna gore i znowu okazało się ze przed nami kolejna góra. W/g znaków zrobiliśmy ok .6 km a słońce dalej chowało się za kolejna góra. Poddaliśmy się dopiero,gdy słonce zaszło i tylko niebo wskazywało na to,że był zachód słońca. Widoku może nie mieliśmy najładniejszego,bo zachód oglądaliśmy przy głównej drodze do Antalya, ale samo niebo bardzo ładnie się prezentowało na czerwono. Sama wycieczka była dosyć wyczerpująca,ponieważ w powrotna stronę mieliśmy znowu do przejścia ok. 6 lub więcej km, no i nie zdążyliśmy na kolacje :) Uważam jednak,że i tak było warto. Gdybym mogla jeszcze raz wybrać się na zachód,podjechałabym autobusem nr.1 do samego końca w stronę drugiego portu i potem poszłabym na nogach do skutku :) Jeszcze następnym razem,pojechałabym autobusem nr. 10 do Konakli i stamtąd tez oglądnęłabym zachód. A jeśli miałabym dużo czasu to poszłabym na nogach,tylko wyszłabym zdecydowanie wcześniej. Z tego co widziałam na mapie,to niewiele nam brakowało,aby tam dojść. Pokonał nas czas :( Idąc drogą widoki są przepiękne. Jadąc tamtędy autokarem, nie zwróciłam nawet na to uwagi,dopiero idąc na nogach,odkryłam uroki tego miejsca. Plaże od tej strony zupełnie inne ,żwirek z Plaży Kleopatry zamienia się w coraz większe kamienie,potem głazy,pojawiają się strome kamieniste zbocza i przejrzysta błękitna woda ... Idzie się cały czas chodnikiem. To na prawdę przyjemy spacer,ale meczący ze względu na ilość km jakie są do przejścia. Żałuję,że dopiero w ostatnim dniu wybraliśmy się na ten zachód,bo bardzo dużo straciliśmy ... :( A co się tyczy wschodu słońca,to nawet nie zrobiłam do niego przymiarki. Największym wyzwaniem dla mnie było wstanie o 6:40, żeby zarezerwować leżak :) Zrobiłam to aż jeden raz :)
Jadać do Turcji byłam pewna,że zjem w McDonaldzie,żeby porównać jedzenie do jedzenia z polskiego McDonalda,ale oczywiście tego nie zrobiłam :) W hotelu najadłam się tyle fast foodów, że odechciało mi się McDonalda na dobre. Poza tym,nawet za nim nie przepadam. Są tam dwie rzeczy,które zjem. Frytki i Fish Mac bez sosu,więc w sumie nawet nie mam co porównywać :) Chociaż,ciekawe jak smakowałby tam Fish Mac :)
Moim głównym celem był zakup oka proroka. - i tu się zaczynają schody. Oglądałam codziennie,przeróżne,w rożnych miejscach i jakoś nie wpadł mi ani jeden w oczy tak,żeby poczuć,ze to musi być ten. No ale kupić w końcu kupiłam, trzeba było :)
Chciałam też wybrać się na rejs statkiem, stwierdziliśmy jednak,że tyle godzin na małym stateczku z tłumem ludzi to nie dla nas i woleliśmy ten czas spędzić w inny sposób :)
No i oczywiście miałam zwiedzić Meczet, którego oczywiście nie zwiedziłam. Ciągle odkładałam wizytę tam na później,aż w końcu nie było tego "później". To już nie pierwszy raz,gdy tak zrobiłam. W Tunezji było to samo. Muszę zapamiętać,żeby następnym razem nie odkładać niczego na później. Moje nowe motto: "co masz zrobić później zrób teraz, bo później może nie nadejść..." Ciekawe za ile je zapomnę :)

Nie miałam tego w planach,ale fajną rzeczą jest zejść pod Czerwoną Wieżą i wybrać się na wędrówkę wzdłuż muru. Nie wiem czy tylko ja tak mam,ale mnie tamte rejony bardzo się podobały. Tak bardzo,że szłam coraz dalej i dalej i nie chciałam wracać :) Niestety musiałam,bo córka została pod Czerwoną Wieżą. Trochu musiała się na mnie naczekać ... :/ Jej wybór. Będąc pod Czerwoną Wieżą polecam tam kąpiel. Nie wiem dlaczego,ale woda tam wydawała mi się zdecydowanie zimniejsza. Bez butów,ciężko się wchodzi do wody,ale jest to możliwe. Uwaga jednak !! Między kamieniami czają się małe stworki nazywane ... Krabami ! Nie spodziewałam się ich tam w ogóle. Ale miałam opad szczeny,jak miałam oprzeć się rękami o wystający w wodzie głaz i właśnie w tym miejscu,w którym chciałam położyć rękę siedział Krab ! Nie,żebym się ich bała,ale uciekałam stamtąd szybciej,niż weszłam do wody :) Nie miałam butów więc idąc zastanawiałam się kiedy stanę na Krabie :) Gdy udało mi się dotrzeć na brzeg,złapałam za aparat i szybko wróciłam do mojego Kraba :) W całej mojej drodze powrotnej do Czerwonej Wieży,interesowało mnie już tylko jedno - Kraby :) Wyszukiwałam ich na każdym kamyczku. Najwięcej znalazłam jednak przy samej Wieży,ale były to straszne maleństwa,wręcz niezauważalne. Nie dziwne,że wcześniej ich nie widziałam,ale to dobrze. Gdybym zobaczyła je wcześniej nikt nie zmusiłby mnie do łażenia bez butów w tamtym miejscu :)

Podczas naszych wędrówek robiłam bardzo dużo zdjęć. Najbardziej zadowolona jestem ze zdjęcia czerwonej ważki,żółwia,żuczka,gąsieniczki,kraba i jaszczurek,na które polowałam :) Jedne mogły wyjść lepiej inne nie, z takich czy innych powodów,ale najważniejsze,że są :) Ciągle miałam ze sobą zły obiektyw. Jak szlam nastawiona na krajobrazy i brałam obiektyw do krajobrazu, to zawsze znalazło się do fotografowania coś co
wymagało dużego zooma i nie mogłam zrobić zdjęcia... Jak brałam zoom to okazywało się,że byłoby fajne zdjęcie,gdybym wzięła inny obiektyw ... Jak brałam dwa obiektywy to niebyły mi w ogóle potrzebne ... I tak męczyłam się wybierając,który obiektyw dzisiaj wezmę,a na koniec zawsze okazywało się, że wybrałam zły :) Całej torby ze sprzętem nie chciało mi się nosić na takie upały. Musze kupić jakaś mniejszą torbę tylko na obiektywy i to jest plan na najbliższe dni :)

Ogólnie wczasy uważam za udane,a Turcję polecam osobą,które chcą spędzić swój urlop w wysokiej temperaturze lub, które chcą dużo zwiedzić i korzystać z wycieczek fakultatywnych. Jeśli miałabym się nastawić tylko na plażowanie,wybrałabym jednak inne miejsce. Miejsce z ładną, piaszczysta jak mąka plażą i pięknymi egzotycznymi roślinami. Wodą tak błękitna,że aż niemożliwe  :). Muszę sobie znaleźć takie miejsce :) Może na następny urlop ? :)

Fotorelacja
Wycieczka K.A.S - fotorelacja 

sobota, 2 lipca 2011

K.A.S. czyli Kursunlu, Aspendos, Side


K.A.S.

Postanowiliśmy zobaczyć coś więcej niż tylko Alanya,dlatego wykupiliśmy wycieczkę do K.A.S. 
(Kursunlu, Aspendos, Side) 
Pierwotnie mieliśmy jechać do Pamukkale i Kapadocji,ale wydarzenia sprzed wyjazdu
wykluczyły możliwość wzięcia udziału w tych wycieczkach.
Ponieważ u Rezydenta wycieczki są minimum dwukrotnie droższe,postanowiliśmy skorzystać z lokalnych Biur Podróży,których w Alanya jest pełno. Jeszcze będąc w Polsce wybraliśmy Wujka i Mariolkę.
Mariolka pocieszyła mnie mówiąc, że o tej porze Pamukkale jest bardzo meczące. 
Nie ma nigdzie cienia, a woda ma ponad 30 stopni wiec nie chłodzi i poleca tą wycieczkę od września do maja o ile dobrze pamiętam. Jednak i tak szkoda mi tych wycieczek. Może kiedy indziej ... ?
Na wycieczkę wyjechaliśmy o 8:40. Autokar przyjechał po nas do Hotelu.
U Mariolki i Wujka za wycieczkę zapłaciliśmy po 15 euro a za dziecko 7,50.
Córka załapała się jeszcze na zniżkę. Okazało się,że w cenie nie było wliczonego wejścia do amfiteatru 10 euro(tyle nam policzyli) za osobę i na wodospady, ale tutaj to już groszowe sprawy 2,5 lira. Musieliśmy więc dopłacić, o czym zapomniała poinformować nas Mariolka. Kilka razy pytałam ją czy w cenie jest wszystko i zawsze potwierdzała,że tak. Jak stwierdził nasz przewodnik to normalny sposób tutejszych Biur Podróży,że cytuję "po prostu kłamią". Dla nich liczy się sprzedać. Z reklamacjami nie wrócisz,bo nie masz żadnej umowy ani dowodu a za chwile i tak wyjeżdżasz kraju. W sumie zdziwiłam się,że u Mariolki jest tak tanio,bo wszędzie ta sama wycieczka kosztowała 25 euro. Wcześniej u Niej również tyle kosztowała, a potem
nagle staniało. Tylko,że przedtem miała wejścia wliczone w koszt wycieczki a teraz jak się okazało nie ma. Mam nawet jeszcze maile,gdzie jak pisałyśmy ze sobą to podawaną przez Nią ceną było 25 euro.
Po zmianie ceny znowu do Niej napisałam z zapytaniem dlaczego ma
teraz taniej, odpowiedziała,że dlatego,że są shoppingi... :/  Poza zmianą ceny,wszystko miało pozostać bez zmian... Do tej pory słyszałam o Niej w większości dobre opinie, więc albo się źle zrozumiałyśmy,albo ... nie chcę kończyć tego zdania... Szkoda, że tak wyszło bo kobieta wydawała się bardzo pomocna i sympatyczna a tu takie coś... Byłam przygotowana na to,żeby zapłacić więcej,bo każdy miał takie ceny i Ona wcześniej również miała takie same. Mogłam zrobić to od razu więc nie rozumie skąd takie postępowanie. Teraz widzę,że na ich stronie są już zaktualizowane dane.. Nie wiem... może miałam pecha ... Trafiłam
akurat na zmianę cen i Mariolka z przyzwyczajenia poinformowała mnie tak,jak robiła to dawniej ... ? Mniejsza z tym ... Zostawmy to już w spokoju. Każdy ma prawo do błędów,a ponieważ jak już wspominałam byłam przygotowana na to,żeby zapłacić za tą wycieczkę więcej, a Mariolka w większości ma dobrą opinię,potraktuję to jako błąd i mam nadzieję,że tak też było w tym przypadku. W każdym bądź razie znajomi,którzy pojechali od niej na Rafting byli zadowoleni.
Zajmijmy się lepiej samą wycieczką :)
Miała być wycieczka z polskim pilotem i była,ale inaczej ją sobie wyobrażałam.
Grupa była mieszana Polska - obcokrajowcy. Główny przewodnik był anglojęzyczny. Był tez polski pilot, ale jakoś nie mówił za wiele. Rozgadał się za to jak już wracaliśmy do Hotelu ale oczywiście nie gadał wtedy na temat :) Rozmowa dotyczyła ogólnie Biur Podróży i tego,że właśnie będzie zmieniał pracę :) Natomiast pilot
anglojęzyczny nawijał tak dużo,że aż nie miałam ochoty dłużej słuchać. Gdyby jeszcze opowiadał coś związanego z wycieczką to byłoby fajnie,ale w większości czasu głównym tematem było opowiadanie 
o innych wspaniałych wycieczkach,na które warto się wybrać z ich biurem :)
Wycieczka raczej nie była warta tych pieniędzy. Byłaby warta,gdyby więcej czasu było na zwiedzanie. 
Za dużo czasu traciliśmy na shoppingach.
W pierwszej kolejności ruszyliśmy zwiedzać Amfiteatr. Mieliśmy tam 30 minut... Za mało ... Nie zdąży się obejść całego jeśli ktoś chce zrobić fajne zdjęcia. Przed Amfiteatrem był wielbłąd. Niestety również nie zdąży się zrobić na nim zdjęcia,bo czasu już dawno brakło i trzeba jechać dalej. Nawet nie zdążyłam go sobie oglądnąć bo już musiałam wsiadać do autokaru. Szkoda ... Lubię wielbłądy ... :(  Wydaje mi się,że założeniem tej wycieczki jest: wejdź do środka, rozglądnij się, pstryknij byle jakie zdjęcie i wracaj do autokaru. Wtedy 30 minut w zupełności wystarcza :)
Jedziemy dalej. Tym razem naszym celem jest shopping - złoto,gdzie mamy aż godzinę czasu !!! Gdyby z tej
godziny dołożyli 15 minut do zwiedzania Amfiteatru od razu byłoby lepiej.
I zdążyłabym przywitać się  z wielbłądem :)
Wracając do shoppingów, ceny złota to około 110 euro za pierścionki. Innych nie pamiętam,ponieważ
patrzyłam tylko na te,które były w drodze do wyjścia,ponieważ całą godzinę postanowiłam spędzić na zewnątrz budynku biegając w koło muru szukając jaszczurek i innych żyjątek. Stwierdziłam,że jest to ciekawsze zajęcie :) Reszta osób siedziała przeważnie na ulicy,grała w karty lub po prostu nic nie robiła ...
Wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem na obiad.
Zamówienie przyjmowali już w autokarze. Można było wybrać: kurczaka,kebab,który był
identyczny jak kurczak tylko dorzucono jeszcze kawałek innego mięsa,pizza 
z mięsem i serem lub pizza z samym serem. Polecam pizzę z serem. Kształtem różni się od naszej. Nie jest ona okrągła tylko podłużna. Przypomina zapiekankę tylko ma ciasto zamiast bagietki, jest bardziej płaska i szersza. Nie wiem dlaczego nie dostaliśmy tradycyjnej,okrągłej,tylko taką,ale w sumie mnie to też zbytnio nie interesuje :) Szkoda, że sama jej nie nie wzięłam to może bym coś zjadła. Jak już kiedyś wspominałam jestem bardzo wybredna jeśli chodzi o jedzenie. Na szczęście zawsze jest ze mną ktoś, kto lubi próbować wszelkie dziwne i nie tylko potrawy, tak więc i tym razem mój posiłek nie poszedł na marne, a ja zadowoliłam się
kawałkiem arbuza. Pomimo tego, iż zamówienia zbierano już w autokarze, bardzo długo czekaliśmy na jedzenie. Aby nie umrzeć z głodu,podane były przystawki.
 Wyglądały apetycznie,aż bym coś zjadła,gdyby nie drobny mały fakt,że akurat po naszych latała sobie mucha i próbowała wszystkiego co było na stole :) Tak więc niczego nie tknęłam. Natomiast Niemcom siedzącym 
z nami przy stoliku,nie przeszkadzało to w ogóle i pałaszowali wszystko ze smakiem.
Napoje oczywiście dodatkowo płatne.
Najedzona kawałkiem arbuza,którego przynieśli w trakcie posiłku i na którym nic nie zdążyło
usiąść (przynajmniej ja tego nie widziałam,a jak to mówi przysłowie"czego oczy nie widzą ..." itd)
ruszyliśmy na wodospady.
Powoli zaczynałam żałować,że udałam się na tą wycieczkę. Myślałam sobie wtedy,że mogłam sobie sama zrobić gdzieś wycieczkę jadąc autobusem i pewnie byłoby ciekawiej i smaczniej... :).
Dotarliśmy na miejsce. Tym razem mieliśmy jakieś 40 minut. Oczywiście brakło czasu
na spokojne zrobienie zdjęć,a szkoda bo tym razem miejsce okazało się na prawdę fajne. Idą zwiedzać wodospady dobrze jest ubrać buty,które nie ślizgają się na mokrej powierzchni. 
Ja w moich japonkach czułam się jak na lodowisku :) Można zabrać ze sobą na wycieczkę buty na przebranie i ubrać je tylko na wodospady,a podczas pozostałej wycieczki trzymać je w autokarze. Jeżeli ktoś ma drogi aparat,warto zabezpieczyć go przed wodą. Da to gwarancję udanych zdjęć,ponieważ
zamiast skupiać się na ochronieniu aparatu przed kapiącą z sufitu jaskini wodą,można skupić się na pięknych widokach. Ja oczywiście musiałam skupiać się na chronieniu aparatu :) 
Jak zawsze byłam świetnie przygotowana :)
Następny nasz cel to shopping skór. Przewodnik poinformował nas,że są to skóry cielęce
i ze śmierdzą gdy zmokną. Haha niezła reklama :) Zorganizowano nam mały pokaz mody. Niektóre rzeczy nawet fajne jak na skórę (nie lubię skór), ale przy żadnej z nich nie było cen,więc ich nie podam. Jedno jest pewne - tanie nie były :) Przewodnik powiedział,że skóry opłaca się kupić na wycieczce do Kapadocji i nie są to wtedy cielęce skóry tylko ... yyyyyyy ... nie pamiętam jakie :/ . Zobaczcie jak wiele człowiek może się dowiedzieć nawet ze zwykłego shoppingu. Nie wiedziałam,że skóry cielęce gdy namokną śmierdzą.  Ale ja jestem typowy mieszczuch więc miałam prawa nie wiedzieć :) Tylko skoro te skóry śmierdzą, gdy namokną to w takim razie, jak w tym chodzić ? Hmmm ... może jestem dziwna,ale chciałabym poczuć zapach takiej mokrej skóry,aby ocenić intensywność. Może nie jest aż tak źle ?Szkoda,że w fabryce tego nie mieli :)
Ostatni etap wycieczki to Side. Bardzo ładne,fajne ale małe miasteczko. 
Niestety przebiegliśmy prawie przez nie :( Tyle ładnych miejsc do uchwycenia na fotografii 
a ja musiałam robić je dosłownie w biegu,żeby cokolwiek pstryknąć, a i tak nie
zdążyłam wszystkiego :(  
Gdybym miała więcej czasu w Turcji, pomyślałabym nad jakąś jednodniową wycieczką do Side. Nie wiem czy udałoby się tam dojechać we własnym zakresie czy nie. Teraz nie chce mi się już tego sprawdzać,bo i tak nie wybieram się na razie do Turcji. Na pewno,gdybym wynajęła samochód,
a wypożyczalni w Alanya jest mnóstwo, mogłabym dojechać i wrócić kiedy bym chciała.
Drobny szczegół... nie lubię jeździć pożyczonymi samochodami.
Z Side ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Byliśmy tam ok.20-tej,więc zdążyliśmy na kolacje. 
Super :D Po całym dniu o arbuzie chętnie zjadłam coś normalnego :)
Podsumowując to wszystko co napisałam, wycieczka byłaby fajna,gdyby było więcej czasu na zwiedzanie.
Gdyby do każdego miejsca,w którym byliśmy dodali po ok.30 minut więcej na zwiedzanie,zupełnie inne wrażenia wyniosłabym z niej. To tylko półtorej godziny łącznie, a tak wiele daje. Przecież zamiast wrócić do hotelu o 20-tej,moglibyśmy wrócić nawet o 23-ciej i byłoby dobrze. Byłabym w stanie nawet więcej zapłacić za wydłużenie czasowo tej wycieczki, pod warunkiem,że ten czas dostalibyśmy na zwiedzanie a nie na shoppingi... No ale cóż ... Tego typu wycieczki niestety w większości słyną z faktu,że czasu na zwiedzanie za mało, a na shoppingi za dużo ...