czwartek, 29 grudnia 2011

Zakopane



Zakopane to jedno z miejsc, do których ciągle wracam.
Jak nie mam pomysłu na wyjazd lub mam ochotę pojechać gdzieś na dwa dni, jadę do Zakopca.
Tak też zrobiłam i tym razem. Ponieważ miałam wolny czas postanowiłam spędzić dwa dni między Świętami a Sylwestrem właśnie tam. Zarezerwowałam nocleg w Pensjonacie Halny już dużo wcześniej. Kiedyś trafiłam tam przypadkiem i bardzo mi się spodobało. Pamiętam, że miałam ładny pokój, wygodne łóżko, TV, że śniadanie było na prawdę"wypasione" a samochód mógł stać na parkingu jeszcze przez cały dzień pomimo tego, iż wymeldować trzeba było się do 10-tej. Ogólnie bardzo dobrze wspominam tam pobyt, dlatego nawet nie zastanawiałam się tym razem, tylko rezerwowałam w ciemno. Nie jest to jeden z najtańszych hoteli,ale ponieważ miałam tam nocować tylko jedną noc, a Halny położony jest jak dla mnie w idealnym miejscu, postanowiłam właśnie tam się zakwaterować. Przyjechaliśmy już ok.10-tej, a doba zaczynała się dużo później, jednak Pani w recepcji dała nam klucz, twierdząc, że możemy od razu iść do pokoju, bo jest już przygotowany. Ucieszyliśmy się i poszliśmy szybko zanieść rzeczy. Halny to dwa budynki, jeden to ten, gdzie jest recepcja, drugi znajduje się dalej. Zarówno kiedyś jak i teraz dostaliśmy pokój w tym drugim budynku. Nam pasowało :) Do momentu, aż nie zobaczyliśmy pokoju ... Niby nie ma na co narzekać bo łazienka super, prysznic działał idealnie, pokój cieplutki z balkonem, TV, łóżko wygodne tylko ... Pokoik był bardzo malutki i na poddaszu. Trzeba było uważać, żeby nie uderzyć się w głowę. Wyglądał, jakby z jednego większego pokoju zrobiono dwa i to była jedna z tych dwóch części. Nie ukrywam, że po tym co miałam ostatnio trochu się zdziwiłam, ale ponieważ nie zamierzałam siedzieć w pokoju, a spędzać miałam tam tylko jedną noc, postanowiłam zostać w tym pokoju i nie robić problemów z ewentualną zamianą. A co mi tam ... Niech stracę ... :)
Dosłownie rzuciliśmy rzeczy w pokoju, zabrałam aparat i od razu wyszliśmy.
Na zewnątrz było bardzo ciepło. Przecież jesteśmy w górach, jest środek zimy, czy nie powinno być chłodniej ? Mroźniej ? Więcej śniegu ? Powinno ... Ale nie było ... Śnieg sobie powoli topniał, ludzie spacerowali. Postanowiliśmy przejść przez moje ulubione Krupówki i przejść się spacerkiem pod skocznię. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to dosłownie "masa" osób poprzebierana za jakieś zwierzaki, postacie z bajek, mikołaje itd. zaczepiające każdego, aby zrobić sobie z nimi zdjęcie ... Mało tego, co parę kroków próbowano wepchać nam obrazek np.Papieża, potem kolejny obrazek itd. oczywiście za pieniądze. Nie dało się przejść spokojnie, co chwilę ktoś zaczepiał z tymi obrazkami :/ Muszę przyznać, że pierwszy raz przejście Krupówkami było dla mnie nieprzyjemne :( Masa naciągaczy psuła spokojny, przyjemny spacer jaki dawniej można było odbyć na Krupówkach. Żeby nie było za mało wrażeń, pojawili się też naciągacze z kubkami, czyli ktoś tam ma trzy kubki, jak znajdziesz cukierka (bo akurat Ci mieli cukierki) pod kubkiem, dostajesz kasę, jak nie znajdziesz, przegrywasz. Dziwię się, że Straż Miejska czy Policja ich nie goniła ... Przebrnęliśmy w końcu przez Krupówki i ruszyliśmy spokojnym spacerkiem pod skocznię. Nadal było bardzo ciepło. Szliśmy i widzieliśmy jak powoli śnieg topnieje, a z sopli kapie woda. Góry były cały czas zamglone i zasłaniały piękne widoki, chociaż im robiło się później, tym widoczność była lepsza. Jak przyjechaliśmy rano, gór w ogóle nie było widać. Miałam nadzieję, że może następnego dnia mgła zupełnie ustąpi, bo chciałam porobić zdjęcia gór. Idąc pod skocznię, co chwilę były widoczne porozwieszane ogłoszenia o Sylwestrze i kuligu z pochodniami i ogniskiem. Ceny były różne. Kulig np. był od 30 zł wzwyż, a Sylwester znaleźliśmy nawet na 1900 zł /os i to już było po przecenie :) Ale większość ofert Sylwestrowych była w normalnych cenach, także na upartego kto nie miał jeszcze planów Sylwestrowych, mógł spokojnie znaleźć coś dla siebie. Wracając do spaceru. Dotarliśmy pod skocznię. Mgła unosiła się wysoko nad nią, jednak gdy wracaliśmy już w stronę centrum i obróciliśmy się, znowu było widać nadciągającą gęstą mgłę zasłaniającą wszystko. W końcu dotarliśmy zupełnie inną drogą do Krupówek i ruszyliśmy w stronę Gubałówki. Postanowiłam, że na górę wjedziemy następnego dnia, mając nadzieję, że nie będzie już mgły i będzie można zrobić ładne zdjęcia. Spacerowaliśmy sobie więc po okolicy. Gdy zaczęło się ściemniać ruszyliśmy do hotelu po statyw :) Moja ulubiona pora na robienie zdjęć :) Już na samym początku okazało się, że mój statyw uszkodził się i niestety nie działał w pełni jak należy, ale na upartego dało się jeszcze z niego skorzystać, chociaż czasami było to trudne. Miałam nadzieję na piękne zdjęcia świątecznie oświetlonych Krupówek, ale po zrobieniu kilku zdjęć poddałam się. Za dużo ludzi, za dużo czekania, statyw nie jest w pełni sprawny, chyba miałam po prostu dosyć ... Poszwędaliśmy się w poszukiwaniu zupy pomidorowej i tym oto sposobem zwiedziliśmy większość knajp. Ceny również mnie rozbroiły. Na Krupówkach zawsze było drogo, ale 12 zł za zupę to już chyba przesada ? Na szczęście dla tych, którzy chcą normalnie zjeść, są też ładne karczmy z normalnymi cenami, tylko trzeba się rozejrzeć. W końcu po całym dniu chodzenia udaliśmy się do hotelu z nastawieniem, że następnego dnia będziemy chodzić jeszcze więcej :)
Wstaliśmy po 8-mej, ogarnęliśmy się i poszliśmy na śniadanie. Wow ... Totalne zaskoczenie ... Tak marnego śniadania nie pamiętam w żadnym hotelu. Co się z nimi stało ? Przecież ostatnim razem, jak tutaj byliśmy wybór był tak duży, że nie wiedzieliśmy co jeść. Teraz również nie wiedzieliśmy co jeść, ale z zupełnie innego powodu. Wybór był tak mały, że osoby wybredne, do których ja należę miały problem. Skończyło się na tym, że zjadłam bułkę z miodem, bo nic innego dla mnie nie nadawało się do jedzenia. Do picia była tylko herbata, kawa, kakao, mleko ... Wszystko fajnie, tylko gdzie jakiś sok ? Nie miałam ochoty na nic ciepłego do picia, chciałam sok :( Nie było żadnego owocu, ani nawet jogurtu :( Nie wiem, może po prostu, po tych wszystkich wyjazdach staliśmy się wybredni ... Ale ... Nie, to nie to! Przecież nawet w tym hotelu dawniej był większy wybór ... No cóż. Zjedliśmy co musieliśmy zjeść i poszliśmy po rzeczy do pokoju. Musieliśmy się wymeldować do 10-tej, ale na szczęście Halny ma przechowalnie bagażu, gdzie bezpłatnie zostawiliśmy nasze rzeczy i ruszyliśmy połazić zaczynając od odwiedzenia sklepu, żeby kupić coś zimnego do picia :) Jak tylko wyszliśmy na zewnątrz załamałam się :( Mgła jeszcze większa niż dzień wcześniej. Zupełnie nie widać gór :( Poszliśmy się przejść Krupówkami. Naciągaczy, naganiaczy i tych wszystkich przebierańców jeszcze więcej niż dzień wcześniej.  Myślałam, że mnie trafi ... Nagle zaczęli mnie oni tak bardzo irytować, że musiałam po prostu zejść na bok i iść omijając ich wszystkich. Wiem, że mój humor głównie spowodowany był tą mgłą i pewnie, gdyby pogoda nam dopisała, to nawet nie zwracałabym na nich uwagi ... Ale tym razem jednak zwracałam na nich uwagę i to aż za bardzo ...
Dotarliśmy do stacji Gubałówki. Zakupiłam 2 bilety na tam  i z powrotem i zapłaciłam za tą przyjemność 38 zł. Na nogach nie wchodziliśmy, ponieważ od kilku dni chodzę z obtartą nogą i zamiast dać się jej zagoić, to tylko jeszcze bardziej ją podrażniam, a potrzebuję tą moją nogę jak najbardziej sprawną już na dzisiejszy
wyjazd do Budapesztu :) 
Wyjechaliśmy na górę. Dosłownie niczego nie było widać. Wszystko za mgłą :( Pozostało pospacerować sobie, pooglądać straganiki i inne przydrożne atrakcje, zjeść obiad w jakiejś karczmie na górze, popatrzeć, jak ludzie zjeżdżają na nartach i inne takie ... Gdy już byliśmy totalnie znudzeni i widać było, że mgła nie ustąpi zjechaliśmy na dół. Pochodziliśmy znowu po Krupówkach, poodwiedzaliśmy znowu kilka karczm i doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu dłużej siedzieć i jedziemy do Krakowa. Wróciliśmy totalnie zmęczeni. Mimo, iż wszystko było nie tak, jak się tego spodziewaliśmy, przetuptaliśmy masę kilometrów w zimowych butach, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni. Pierwszy raz byłam zniesmaczona wyjazdem do Zakopanego. Nie tyle może zniesmaczona, co znudzona, zawiedziona, rozczarowana ... ? Chodziliśmy tam i z powrotem tymi samymi drogami, a Ci wszyscy naciągacze itd. wręcz potrafili wyprowadzić mnie z równowagi. Miałam chyba słabszy/e dzień/dni :)
Ogólnie stwierdziliśmy, że wolimy Zakopane jednak, gdy jest ciepło i że w zimie na dłużej niż jeden dzień więcej nie przyjedziemy. Góry zimą nie są jednak tak fajne, jak ktoś nie jeździ na nartach, a czasu na piesze wędrówki jest zbyt mało, bo szybko robi się ciemno i pozostaje tylko włóczyć się uliczkami miasta. Także nam jeden dzień w zupełności zimą wystarczy.
Do Zakopanego na pewno wrócę i to pewnie jak tylko zrobi się ciepło. Muszę jednak rozejrzeć się za nową noclegownią. Może ktoś ma coś fajnego do polecenia blisko Krupówek z łazienką w pokoju ?
Zdjęć nie zdążyłam obrobić. Wrzucę je na spokojnie w styczniu. Może koło 4-tego uda mi się je wstawić.
Nie wiem czy w Budapeszcie będę miała dostęp do internetu więc już teraz, życzę Wam ponownie 
szczęśliwego Nowego Roku i udanej zabawy Sylwestrowej :)

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Kraków - dzień Bożego Narodzenia - FOTORELACJA

Po Wigilii wybraliśmy się na wieczorny spacer po Rynku ...
Dziwnie tak było bez śniegu. Zupełnie, jakby nie było grudnia, a jednak ...

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie wzniesiony w 1891-93.
Teatr powstał na miejscu wyburzonego w 1892 roku kościoła Ducha Świętego.
Był to pierwszy budynek w Krakowie posiadający oświetlenie elektryczne.
Początkowo nosił nazwę Teatr Miejski, w 1909 roku otrzymał imię Juliusza Słowackiego.


 Barbakan - część fortyfikacji miejskiej. Dawniej był połączony z Bramą Floriańską.
Wybudowany w 1498-1499 roku.
Obecnie Barbakan jest oddziałem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa.


Brama Floriańska - jedna z ośmiu krakowskich bram obronnych.


 ulica Floriańska


 Brama Floriańska z widokiem na Barbakan


 Sukiennice, przed nimi świąteczny kiermasz.
Niestety o tej porze nieczynny.


 Sukiennice z drugiej strony oraz rzeźba Igora Mitoraja - Eros Bendato sprowadzona do Polski w 2005 roku.



 Wieża Ratuszowa



 Sukiennice


 Ozdoby świąteczne




 Kościół Św. Wojciecha


Jasełka u Franciszkanów 2011


Miało mnie już nie być, ale jednak znalazłam jeszcze trochu czasu. Wyjeżdżam 27-go z samego rana :)
Wczoraj po Wigilii wybraliśmy się na spacer po krakowskim Rynku oraz na Jasełka organizowane przez braciszków Franciszkanów. Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam na Jasełkach. Było to bardzo dawno temu, jak byłam jeszcze dzieckiem.
Jasełka zaczynały się o godzinie 22-giej. Byliśmy tam wcześniej, więc mogliśmy spokojnie pooglądać zwierzaki w zagrodach. Zwierzęta przybyły z krakowskiego ZOO. Była lama, był kucyk, były owieczki i był osiołek. Braciszkowie poinformowali, że jedzie jeszcze wielbłąd. Pogoda w miarę dopisywała, tzn. było ciepło, ale niestety mżyło ... 
 Na scenę wyszli braciszkowie i zaczęli grać. Grali bardzo fajnie śpiewając do tego kolędy. Atmosfera była na prawdę super, aż się zdziwiłam. Potem odbyły się Jasełka i znowu było śpiewanie kolęd. 
W międzyczasie przybył Kardynał Dziwisz. Zapalił światełka na choince, która została ustawiona na przeciwko Okna Papieskiego. Choinka ta, została podarowana przez Towarzystwo Geotermalne z Bukowiny Tatrzańskiej. Po zapaleniu choinki, Kardynał wszedł na scenę, skąd złożył wszystkim życzenia. Braciszkowie rozdali w międzyczasie opłatki. Kardynał poświęcił je, następnie zszedł ze sceny, podszedł go zgromadzonych ludzi i zaczął dzielić się opłatkiem.  Każdy kto chciał mógł podejść podzielić się opłatkiem z Kardynałem Dziwiszem. Dzieciom zostały rozdane prezenty, po czym braciszkowie zaczęli znowu grać i śpiewać kolędy.
Czy śpiewano tak do samej Pasterki ? Nie wiem, ponieważ musieliśmy już wracać, aby zdążyć na Pasterkę w inne miejsce, ale wydaje mi się, że tak. Kardynał pojechał na Pasterkę na Wawel, a my udaliśmy się w naszą drogę.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, iż tak miło spędzę czas na Jasełkach, ale tak było, dlatego postanowiłam o tym napisać. Za rok na pewno pójdę ponownie.

Jasełka u Franciszkanów - FOTORELACJA

W tym roku postanowiliśmy wybrać się na Jasełka organizowane przez braci Franciszkanów.
Byliśmy tam 24.12.2011, zaczęły się ok.22-giej. 
Było również kolędowanie z braciszkami, którzy bardzo fajnie grali oraz przybył Kardynał Dziwisz, z którym można było podzielić się opłatkiem. Najmłodsi otrzymali prezenty.
Była też choinka, która stoi na wprost Okna Papieskiego, przybyła z Bukowiny Tatrzańskiej i były zwierzaki w zagrodzie. Atmosfera była bardzo fajna.
Kilka zdjęć poniżej.

Zwierzaki przyjechały z krakowskiego ZOO.
Był też osiołek, którego nie ma na zdjęciach i miał dojechać wielbłąd.






 Braciszkowie grali i śpiewali kolędy. Wychodziło im to świetnie.


 Jasełka ...





 I znowu kolędowanie ...



Kardynał Dziwisz złożył wszystkim życzenia, zapalił lampki na choince przed Oknem Papieskim i dzielił się opłatkiem ze zgromadzonymi.





A tak wyglądało to z daleka ...






Program 2011

24 XII - WIGILIA
22
00 - Jasełka w wykonaniu braci Franciszkanów oraz wspólne kolędowanie.
24
00 – Pasterka w Bazylice św. Franciszka z Asyżu
25 XIIBOŻE NARODZIENIE
14
00 Jasełka braci Franciszkanów
15
00 – Jasełka w wykonaniu DRiM
17
00 – Chór PŁOMIEŃ
1830
SKALDOWIE
26 XIIŚW. SZCZEPANA
14
00 – Kolędowanie z hiszpańskojęzycznym zespołem z Peru
15
00 – Zespół góralski MAJERANKI
16
00 – Jasełka Zespołu Szkół w Poskwitowie
17
00 – Jasełka Ośrodka „San Damiano”
17
30 - TWOJE NIEBO






środa, 14 grudnia 2011

Pies Dżok - najwierniejszy z wiernych ...

 

Opowiem Wam dzisiaj smutną historię.
Chyba najsmutniejszą historię, jaka wydarzyła się za mojego życia ...
Historię uważaną wręcz za legendę, a jednak prawdziwą ...
Historię, która wydarzyła się w moim mieście - Krakowie, jakiś czas temu ...
Pewnie każdy Krakowianin ją zna, a przynajmniej znać powinien ...
Było o tym głośno wszędzie, zwłaszcza w mediach ...

Przedstawiam Wam psa.
Czarny, wilczurowaty mieszaniec, wabi się Dżok.
Na pozór zwykły pies,  jakich jest dużo wszędzie, a jednak ów pies wykazał się wielkim sercem.
Sercem tak dużym, że nawet nam, ludziom brakuje wiele do Niego ...
Dżok dostał miano najwierniejszego psa i w pełni na nie zasługuje ...
Udowodnił, jak mocno można kochać ...
Może powinniśmy się od Niego uczyć ... ?

Dżok już nie żyje.
Jego ostatnie lata życia były pełne bólu i cierpienia ...
Swoim oddaniem zasłużył sobie na pomnik ...

 Jego pomnik można zobaczyć na Bulwarach Wiślanych w pobliżu Wawelu i Mostu Grunwaldzkiego.
Na tabliczce przy pomniku umieszczono napis w dwóch językach.

" PIES DŻOK
NAJWIERNIEJSZY Z WIERNYCH
SYMBOL PSIEJ WIERNOŚCI. 
Przez rok /1990-1991/ oczekiwał
na Rondzie Grunwaldzkim na swojego Pana,
który w tym miejscu zmarł.

Dżok, the dog.
The most faithful canine friend,
ever epitomising a dogs boundless
devotion to his master.
Throughout the entire year /1990-1991/ Dżok
was seen waiting in vain at the Rondo
Grunwaldzkie roundabout to befetched back by
his master, who had passed away
at the very site. "

A oto historia Dżoka w skrócie ...

Skąd wziął się Dżok i jego właściciel na rondzie tego nie wiem, ale był to pierwszy z najgorszych dni w życiu Dżoka ...
Karetka pogotowia zabrała właściciela Psa z Ronda Grunwaldzkiego.
Pies był tego świadkiem.
Nie wiedział co się dzieje, dlaczego Jego pan traci przytomność ? Dlaczego ktoś go zabiera ? Dlaczego Jego nikt nie bierze razem z panem ? Ale wiedział, że pan go kocha i że pan na pewno po Niego wróci. Postanowił więc zaczekać na pana tam, gdzie ostatnio byli razem ...
Jednak pan nie wrócił ...
W drodze do szpitala właściciel Psa zmarł na atak serca ... Dżok tego nie wiedział ...
Zamieszkał na Rondzie Grunwaldzkim i dalej czekał na swojego właściciela ...
Właściciela, który nigdy się nie zjawi ...
Psem zaczęto się interesować. Na początku nikt nie wiedział skąd On się wziął na rondzie i co On tam robi.
Jednak gdy mijały dni, tygodnie, miesiące zrobiło się o Nim głośno i każdy w Krakowie znał już Jego smutną historię. Chciano Mu pomóc ...
Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, próbowało go złapać, ale pies był zawsze sprytniejszy.
Wiele osób próbowało zabrać go do siebie, chciało się nim zaopiekować, ale pies z  nikim nie poszedł ...
Kraków podzielił się na dwie grupy.
Jedna chciała, aby umieścić Psa w schronisku, druga uważała, że powinno zostawić się Go w spokoju.
Ponieważ Dżok okazał się sprytniejszy i nie dał się nikomu złapać, pozwolono mu żyć na rondzie ...
Mieszkańcy Krakowa nie zostawili Go jednak samego.
Troszczyli się o Niego na tyle, na ile pozwalał Dżok. Zanosili mu jedzenie ...
Wybudowali budę ... Przynosili koce ...
Pies nie chciał jednak odejść z ronda. Ciągle czekał na swojego pana ...
Nie utrudniał ruchu. Uważał na samochody i tramwaje ...
Dopiero Wianki nad Wisłą sprawiły, że Dżok postanowił opuścić swój dotychczasowy dom, jaki stworzył sobie na Rondzie Grunwaldzim.
Jakby się poddał. Jakby zrozumiał, że dłużej nie ma sensu czekać ...
Poszedł za panią Müller, która codziennie przynosiła Mu jedzenie.
Sam wybrał, z kim chce iść. Poszedł za nią do jej mieszkania przy ul. Dietla i został tam do 1998 roku.
Nigdy nie pozwolił założyć sobie smyczy ani obroży, ale grzecznie wychodził z nową właścicielką na spacer i słuchał się jej. Podobno lubił chodzić na spacery w okolice ronda tak, jakby ciągle miał nadzieję, że może jego poprzedni właściciel wróci. Przez kolejne lata Dżok coraz bardziej zaczynał kochać panią Müller, aż w końcu stało się najgorsze, co mogło go spotkać. Jego właścicielka zmarła (w 1998 roku)...
Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami chciało umieścić Psa w luksusowym hotelu dla zwierząt, ale Dżok uciekł ...
Szukał Go cały Kraków, aż w końcu znaleziono go ...
Martwego na torach ...
Wpadł pod pociąg na prawie nieuczęszczanej trasie ...
Osoby znające bliżej historię Dżoka twierdzą, że po stracie drugiego właściciela, Dżok tak mocno cierpiał, że Jego serduszko nie wytrzymało takiego bólu i popełnił samobójstwo, że On sam rzucił się na tory pod pociąg ...
Nikt nie potrafi uwierzyć w to, że Pies, który prawie rok mieszkał na tak ruchliwym rondzie jakim jest rondo Grunwaldzkie, omijając tramwaje i samochody, nagle nie zauważył nadjeżdżającego pociągu, na prawie nieuczęszczanej trasie ...
Dżok został pochowany na terenie Schroniska dla Zwierząt w Krakowie.
Jego historia stała się legendą, poruszyła tak wiele osób, że postanowiono upamiętnić tak wzruszającą psią wierność ... Powstał pomysł postawienia Dżokowi pomnika, ale władze miasta nie wyraziły na to zgody.
Dżok jednak tak poruszył serca ludzkie, że nawet media nie pozostały obojętne i rozpoczęły akcję popierającą postawienie pomnika.

Pomnik wykonał Bronisław Chromy, twórca Smoka Wawelskiego.
Postawiono go na wiosnę 2001 roku - w 10 rocznicę opuszczenia przez Dżoka ronda.
Odsłony dokonał owczarek Kety.
Byłam tam parę dni temu. Nikt nie przechodził koło pomnika obojętnie. Każdy, kto tamtędy przechodził, podchodził pod pomnik, czytał tabliczkę, chwilę postał, a potem szedł dalej ...
Gdy byłam tam, nie było osoby, która zachowała by się inaczej ...

Dżok spędził na rondzie prawie rok czekając wiernie na swojego właściciela.
Jego oddanie powinno dać nam, ludziom wiele do myślenia ...


Dopisano:
O psie Dżoku powstała książka Barbary Gawryluk "Dżok. Legenda o psiej wierności", Łódź, Wydawnictwo Literatura, 2007.

Dla tych, którzy nigdy nie widzieli Dżoka, zamieszczam filmik produkcji TVP Kraków

Pies Dżok - najwierniejszy z wiernych ... - FOTORELACJA

Pamięci Dżoka ...

Był sobie Pies - Dżok.
Dżok bardzo kochał swojego właściciela.
Pewnego razu wybrali się jak co dzień na spacer.
Spacerowali przy Rondzie Grunwaldzkim, gdy nagle jego właściciel zasłabł.
Ktoś wezwał karetkę pogotowia i zabrano go do szpitala, a Dżok pozostał przy rondzie ...


 Pies nie wiedział co się stało, więc postanowił poczekać na swojego właściciela.
Nie wiedział, że Jego pan zmarł w drodze do szpitala na atak serca ...
Nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć tego, że Jego pan już po Niego nie wróci ...
Więc czekał ...


 Mijały dni , tygodnie, miesiące ...
Dżok ciągle czekał, a pan ciągle nie wracał ...


 Zrobiło się o Nim głośno. Mówiono o nim w całym Krakowie i w mediach ...
Dżok zamieszkał na Rondzie Grunwaldzkim i nie chciał opuścić tego miejsca, czekał przecież na swojego pana ...


 Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami postanowiło Go zabrać z ruchliwego ronda, ale Dżok nie dał się złapać. Nie poszedł też z nikim innym, choć kilka osób chciało się nim zaopiekować ...


 Mieszkańcy Krakowa postanowili o Niego zadbać.
Przynosili Mu jedzenie, wybudowali budę, przynosili koce ...


 A Dżok ciągle czekał ...
W pogodę i niepogodę ...
Unikał licznych samochodów i tramwai ...
I ciągle czekał ...


Aż przyszły Wianki, a wraz z Wiankami potężne, huczne sztuczne ognie, tłumy ludzi i ogromny hałas...
I wtedy Dżok się chyba poddał, postanowił opuścić rondo ...


 Następnego dnia poszedł za panią Müller, która codziennie go dokarmiała.
Zamieszkał u niej ...
Nigdy jednak nie pozwolił założyć sobie obroży ani smyczy ...


W 1998 roku Jego właścicielka zmarła ...


To był potężny cios dla Dżoka.
Kolejny raz osoba, którą pokochał znikła z Jego życia, a On nawet nie wiedział dlaczego tak się stało ...


Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami chciało umieścić Dżoka w luksusowym hotelu dla Zwierząt ...
Jednak Dżok uciekł ...


Nie wrócił na Rondo ani pod dom Pani Miller ...
Szukał Go cały Kraków ...


Aż w końcu Go znaleziono ...
Martwego ...


Dżok zginął pod kołami pociągu na mało uczęszczanej trasie ...
Znaleziono Jego ciało na torach...
Dla wszystkich był to potężny cios i zaskoczenie ...
Pies, który przez prawie rok żył na ruchliwym rondzie w centrum Krakowa unikając samochodów i tramwai zginął na torach ...


Szybko stał się legendą.
Do dzisiaj bardzo duża ilość osób myśli, że Dżok sam rzucił się pod koła, ponieważ strata kolejnego właściciela była dla Niego zbyt bolesna ...
Dżok popełnił samobójstwo, ponieważ Jego serduszko nie zniosło straty kolejnej osoby, którą pokochał ...

Dżok spędził prawie rok czekając na swojego właściciela na Rondzie Grunwaldzkim. 
Jego pamięci postawiono pomnik.
Można go znaleźć w Krakowie na Bulwarach Wiślanych między rondem Grunwaldzkim a Wawelem.
Jego ciało pochowano na terenie Schroniska dla Zwierząt w Krakowie ...


 Na tablicy przy pomniku umieszczono tekst:

" PIES DŻOK
NAJWIERNIEJSZY Z WIERNYCH
SYMBOL PSIEJ WIERNOŚCI. 
Przez rok /1990-1991/ oczekiwał
na Rondzie Grunwaldzkim na swojego Pana,
który w tym miejscu zmarł.

Dżok, the dog.
The most faithful canine friend,
ever epitomising a dogs boundless
devotion to his master.
Throughout the entire year /1990-1991/ Dżok
was seen waiting in vain at the Rondo
Grunwaldzkie roundabout to befetched back by
his master, who had passed away
at the very site. "

Pies Dżok. Filmik produkcji TVP Kraków.