sobota, 28 stycznia 2012

Budapeszt - Sylwestrowa objazdówka



Ponieważ nie miałam ochoty na bal Sylwestrowy, postanowiłam w tym roku spędzić Sylwestra inaczej niż zwykle.
Wyszukałam w internecie kilka ofert typu " Sylwester Express" i postanowiłam,że to jest to na co mam ochotę.
Napisałam szybko maila do Pani Kasi z biura podróży, z którego zawsze jeżdżę i zapytałam czy ma coś w tym stylu. Oczywiście miała oferty "express" ale przedstawiła mi też podobne oferty z tym, że z noclegiem.
Dla tych, którzy nie wiedzą "express" oznacza przejazd autokarem w dane miejsce, imprezę na świeżym powietrzu i powrót do domu, bez noclegu. To tak w skrócie. Po dodaniu za i przeciw, zdecydowaliśmy się na dłuższy wyjazd, czyli z 2 noclegami. 
A oto nasz plan w/g rozpiski :)

Państwo: Węgry
Region: Budapeszt
Termin: 29.12.2011 - 02.01.2012 ( My wyjeżdżamy 30-tego )
Transport: Autokar Lux
Profil wyjazdu: Oferta objazdowa

PLAN :  

0/1 Dzień: Wyjazd wg rozkładu jazdy. ( My wyjechaliśmy o 3:00 rano, a raczej w nocy z Krakowa).
Przejazd przez Słowację do Budapesztu, zwiedzanie miasta: 
Peszt, Śródmieście, Bazylika, ulica Vaci Kigyo, Parlament, czas wolny, nocleg.

2 Dzień: Śniadanie. Zwiedzanie miasta: 
Buda, Stare miasto, Kościół św. Macieja, Ratusz, Plac Kapisztran, Wieża Marii Magdaleny, Brama Wiedeńska, Plac Disz, Baszta Rybacka, Zamek Królewski.Czas wolny
Zabawa Sylwestrowa na dyskotece  lub na starym mieście. Nocleg. ( My wybraliśmy oczywiście Stare Miasto :) )

3 Dzień: Śniadanie. Zwiedzanie miasta:
Pomnik Milenium, Wyspa św. Małgorzaty. Czas wolny. 
Wyjazd w godzinach popołudniowych.
Nocny przejazd do Polski.

4 Dzień: Przyjazd do Polski w godzinach nocnych/porannych.

ZAKWATEROWANIE:  
Hotele*** na obrzeżach Budapesztu ( Hotel Canada, Hotel Lucky lub inny o standardzie *** )

Pierwszy raz byłam na takiej objazdówce, więc nie miałam pojęcia na co się nastawiać :)
Nastawiłam się na coś w stylu wycieczek fakultatywnych, na jakich bywałam wcześniej :)
W Budapeszcie byłam już, ale w lecie, gdy słoneczko przepięknie grzało i bardzo mi się podobał. Teraz mogłam zobaczyć go w zimowej odsłonie, jednak nie zobaczyłam, bo śniegu nie było :)
Było szaro, a czasem deszczowo. Ogólnie ciepło :)

Ale od początku ...


Wyjechaliśmy z Krakowa o godzinie 3:00 rano.  O dziwo autokar był pełen.  Potem okazało się, że jesteśmy 3 autokarem do Budapesztu.  Każdy miał przypisane swoje miejsce w autokarze. Nam przypadły miejsca w ostatnim rzędzie. Pierwsza myśl gdy usiadłam była „ o nie, jako jedyni nie mamy rozkładanych miejsc i mamy strasznie ciasno.” Kolana opierały nam się o siedzenia, które były przed nami. Szybko się jednak okazało, że nasze fotele również się rozkładają, mało tego, można je cofnąć :) I na twarzy pojawił się uśmiech, a świat stał się piękniejszy :)  Mieliśmy najlepsze z możliwych miejsc, szkoda tylko, że po lewej stronie, a nie prawej. Jakoś wolę siedzieć po prawej :)
Autokar typu „lux” jakim jechaliśmy, posiadł TV, które było włączone dopiero, gdy wracaliśmy do Polski.  Posiadał ubikację, jednak proszono, aby korzystać tylko w wyjątkowych sytuacjach, ponieważ opróżnić będzie można ją dopiero w Budapeszcie, oraz miał barek, w którym można było zakupić kawę i herbatę w cenie 2 zł. Był wygodny, przynajmniej miejsca z tyłu :)
Pierwszy postój mieliśmy przed granicą w Chyżne na stacji benzynowej Arge. Mieliśmy 20 minut.  Można było skorzystać tam z toalety  (płatna 1 zł) i wymienić walutę w kantorze czynnym 24 godziny na dobę. Jaki przelicznik, nie wiem, ponieważ pieniążki wymieniłam przed wyjazdem.  Ale z tego co mówili towarzysze naszej wycieczki, nie za bardzo się opłacało :) Ruszyliśmy dalej przez Słowację.  Kolejny, tym razem godzinny postój mieliśmy w Zwoleniu, gdzie można było skorzystać bezpłatnie z toalety i zamówić sobie ciepły posiłek lub coś do picia, płacąc jeszcze złotówkami. Orientacyjne ceny: pomidorówka – 5 zł (rano jej nie było, była dopiero jak wracaliśmy, ale nie polecam. Dostałam ketchup z wodą zamiast zupy ), frytki – 5 zł ( strasznie mało ), herbata – 5 zł, na resztę nie patrzyłam. To była nasza ostatnio przerwa, następny postój był już w Budapeszcie pod Parlamentem. Zanim udaliśmy się do hotelu zwiedziliśmy Peszt, ulicę Vaci, Śródmieście i Bazylikę. Bazylika przepiękna, zarówno wewnątrz, jak i zewnątrz. Ale o niej można przeczytać w osobnej relacji na tym blogu. 
Pomimo tego, iż byłam już w Budapeszcie, to miasto cały czas mnie zachwycało swoją architekturą. Strasznie mi się podobało. Co chwilę znajdowałam coś, czemu chciałam przyjrzeć się z bliska. Pogoda nawet nam dopisywała, chociaż ogólnie było szaro i przez chwilę nawet pokropił deszcz. Chodziliśmy po mieście, a nasz pilot starał się nam opowiadać o nim, ale niestety praktycznie nic nie było słychać. W pewnym momencie poddałam się i przestałam już nasłuchiwać słów i domyślać się, co zostało powiedziane i gdy nasz przewodnik coś tam opowiadał, ja odchodziłam od grupy i starałam się robić wtedy zdjęcia. Ogólnie,kto stał bardzo blisko przewodnika, mógł się dowiedzieć na prawdę ciekawych rzeczy, ale ja miałam przyjemność słuchać tylko w autokarze :) Po godz. 14-tej pojechaliśmy wreszcie do hotelu. Nasz hotel nazywał się bardzo fajnie – Lucky i leżał w 14-tej dzielnicy miasta. Budapeszt jest podzielony na dzielnice. Trzeba pamiętać, w której się jest, ponieważ ulice mogą nazywać się tak samo w różnych dzielnicach. Pierwsze wrażenie, gdy zobaczyliśmy hotel z zewnątrz - pozytywne. Ale na tym się skończyło :) Dostajemy klucze, idziemy do pokoju i tutaj wybuchamy śmiechem. Pokój, o ile ładny i duży, nadaje się tylko na noclegi w okresie letnim. 3 okna sprawiają, że w pokoju jest zimno. Nie ma centralnego ogrzewania, za to znajdujemy w pokoju grzejnik olejny, stary, widać, że już wiekowy, z kółkami przywiązanymi jakimś kablem czy drutem, nie pamiętam już czym :) No trudno, jakoś przeżyjemy. Po chwili wahania, czy włączenie tego grzejnika jest na pewno bezpieczne, uruchamiamy go. Grzejnik nagrzewa się i momentalnie wyłącza. Po jakimś czasie znowu włącza się i po kilku sekundach wyłącza. Poddajemy się. Nie chce mi się iść robić zadymę. Jakoś przeżyjemy tę noc.  Kołderki okazują się cieńsze od koca … Hmm … Damy radę ... Gorąca kąpiel na pewno pomoże :) Wchodzę do łazienki, a tam wymurowany murek przy prysznicu bez żadnej zasłonki. Haha, coś takiego to pierwszy raz widzę. Odkręcam wodę … Jakoś wcale nie chce lecieć gorąca. Ledwie leci letnia :/    No cóż widać Lucky, nie okazał się dla nas szczęśliwym hotelem. Ale jakoś byłam w dobrym nastroju i wszystkie te rzeczy, które normalnie bym nie odpuściła, po prostu przyjmowałam ze spokojem.  O 16-tej był obiad. Wyruszyliśmy więc do restauracji. Ci co mieli wykupiony obiad, poszli jeść. Reszta miała godzinę wolną.  Ja oczywiście obiadu nie brałam, więc ucieszyłam się z wolnego :) Po obiedzie mieliśmy mieć już czas wolny, ale zdecydowaliśmy, że dzisiaj zwiedzimy górę Gellerta. Bardzo się ucieszyłam, ponieważ planowałam tam właśnie iść w wolnym czasie :) Zrobiło się już ciemno, więc zabrałam ze sobą mój badziewny statyw i pełna radości, że mogę podziwiać tak piękne widoki robiłam zdjęcia. W międzyczasie padła też propozycja rejsu po Dunaju. Zgodzili się chyba wszyscy. Za 2500 forintów od osoby, mieliśmy godzinę pływania. Gdyby rejs był w ciągu dnia, to pewnie bym nie zwróciła większej uwagi na niego, ale że my wybraliśmy się na rejs gdy było już ciemno, był to bardzo przyjemny i piękny dla oczu, widowiskowy rejs. Byłoby jeszcze piękniej, gdybym mogła robić zdjęcia. Niestety nie mogłam, ponieważ gapa ze mnie i zapomniałam o różnicy temperatur. Wyciągnęłam zimny aparat w nagrzanym autokarze, co skończyło się zaparowaniem. No i tym sposobem miałam już po zdjęciach … Szkoda, ponieważ Budapeszt w nocy prezentuje się przepięknie. Mało jest miejsc, które tak bardzo podobają mi się. Czułam się po prostu szczęśliwa mogąc tu przebywać i oglądać to wszystko. Oczywiście stwierdzam również fakt, że w okresie wiosna/lato, gdy jest ciepło i zielono, miasto to jest jeszcze piękniejsze, ale mimo szarości niespełnionej zimy, nadal jest co podziwiać. Pływaliśmy przez godzinę i wróciliśmy do hotelu. Już nigdzie tego dnia nie wychodziliśmy. Po nieprzespanej nocy, musieliśmy wstać następnego dnia o 7-mej, żeby zdążyć się umyć, zjeść śniadanie i o 9-tej ruszyć w dalszą drogę.

Następnego dnia, gdy wstaliśmy nadal w pokoju było zimo. Coś się jednak zmieniło. Mieliśmy gorącą wodę :) Szybko zrobiliśmy saunę w łazience biorąc prysznic, a gdy otworzyliśmy drzwi, przyjemne ciepło wpadło do pokoju :) Poszliśmy na śniadanie. Tak, jak przypuszczałam śniadanie marne. Jeszcze gorsze od tego, co mieliśmy ostatnio w Zakopanem. Do wyboru była jakaś wędlina (nie jadam wędlin), jajecznica ( nie jadam jajecznicy, jeśli nie zrobię jej sama i bardzo dobrze wysmażę ), płatki śniadaniowe i mleko ( nie lubię mleka ), był pomidor ( ale nie wyglądał jednak zachęcająco ), był jakiś dżem (również nie wyglądał zachęcająco ), był miód ( ale w takim pojemniczku do wyciskania, próbowałam się do niego dostać, ale mi się nie udało ) i był ogórek. Wzięłam więc bułkę, ogórek i zjadłam bez masła, bo ktoś tam krzyczał, żeby lepiej masła nie jeść :) Ogólnie nie było źle ponieważ były jeszcze mandarynki i do picia był sok !!! Tak więc byłam uratowana :) Śniadanie zrobiłam sobie z mandarynek :) Co do picia to były też przeróżne herbaty, była maszyna do ciepłych napoi, nie wiem czy wszystkie były, bo strasznie długa kolejka nie zachęcała do stanie, więc sobie odpuściłam :) Po śniadaniu wróciliśmy do pokoju po rzeczy i udaliśmy się w dalszą trasę. Dzień był bardzo słoneczny, mieliśmy piękne niebieskie niebo i gdzieniegdzie tylko chmurki. Słońce towarzyszyło nam przez cały dzień, jednak ogólnie dzień był chłodniejszy od poprzedniego. Nasz plan, który nie zgadzał się w ogóle z programem wyjazdu wyglądał tak. Mieliśmy jeździć od 9:00 powrót do hotelu po 17-tej i tak też było. Najpierw pojechaliśmy na  zakupy, które w ogóle nie były w planach. Na placu/hali targowej czy co to tam było, handlowano głównie warzywami, owocami oraz mięsem, wędliną  i sporadycznie przyprawami.  Po ok. godzinie spędzonej na plątaniu się po straganach, wróciliśmy do autokaru i udaliśmy się do Szentendre. Kolejne miejsce, którego nie mieliśmy w planach. O Szentendre można poczytać w osobnym wątku na tym blogu. Spędziliśmy tam ponad trzy godziny po czym pojechaliśmy na Wyspę Małgorzaty. Na wyspę mieliśmy jechać trzeciego dnia, ale nasza pani przewodnik postanowiła zrobić to dzień wcześniej.  Szkoda, że tak zrobiła, ponieważ mieliśmy bardzo mało czasu. Ściągała nas godzina obiadowa i nie mogliśmy się spóźnić do restauracji. Niestety nie zdążyliśmy obejść całej wyspy. Dotarliśmy tylko do ruin Klasztoru i do grobu Małgorzaty i musieliśmy wracać. Wyspa jest miejscem, które koniecznie trzeba zobaczyć, ale w całości i gdy wszystko jest już zielone. Wtedy musi być tam pięknie. Gdy wracaliśmy do autokaru powoli zaczynało zachodzić słońce. Jego ciepłe promienie padały na budynki przy Dunaju. Nadawały im taki piękny odcień, strasznie mi się to spodobało. Przepiękne widoki ...
Na 16-tą osoby, które miały wykupiony obiad udały się do restauracji, a my wykorzystaliśmy godzinę czasu włócząc się po oświetlonych już ulicach. Prawie wszystko było już zamknięte. Ludzie przygotowywali się do Sylwestra. Po 17-tej odwieziono nas do hotelu. O dziwo mieliśmy w pokoju zdecydowanie cieplej, chociaż to jeszcze nie było to :) Jeszcze z dwa dni i udałoby się nagrzać ten pokój :) Osoby, które miały bal w hotelu musiały wyszykować się na 20-tą. My wybraliśmy Sylwestra na Starym Mieście więc mieliśmy więcej czasu. Autokar miał nas zawieźć o 21:30 a przyjechać po nas o 1:30. Mnie to bardzo pasowało, zwłaszcza miejsce,  w którym nas zostawiono i z którego mieli nas odebrać. Lepiej wybrać nie mogli :)  W całym Budapeszcie ustawiono kilka scen, przy których trwały zabawy Sylwestrowe.
Na miasto wyjechaliśmy punktualnie. Ogólnie było nas chyba 13 lub 16 osób, które jechały autokarem. Miasto było pięknie oświetlone, na postawionych wcześniej scenach odbywały się koncerty. Ludzie gromadzili się również na mostach i przy zabytkach miasta. Budapeszt jest duży, a imprezy były w kilku jego częściach, więc nie odczuwało się tłumu i nie trzeba było przepychać się, żeby gdziekolwiek dojść. Widoki niesamowite, atmosfera również. Większość osób bawiących się na mieście była poprzebierana, miała kolorowe peruki, jakieś świecące opaski na głowie lub inne świecące ozdoby. Ludzie nakupowali takie trąbki i trąbili nimi wszędzie na około. Już dużo przed godziną 24-tą można było zobaczyć sztuczne ognie, jednak tradycyjnie najwięcej zostało odpalonych o 24-tej. Było je widać w całym mieście ,bliżej i dalej i wydawało się, że nie będzie ich końca. Intensywnie odpalane były do godziny 24:40 ale jeszcze po 1-szej można było je zobaczyć. 
Bardzo się cieszę, że wybrałam właśnie takiego Sylwestra. Osobiście bardzo mi się podobało.  Osoby,które zostały na Sylwestrze w hotelu ,żałowały tego. Za bal zapłacili ok.250 zł/os a bal okazał się totalną porażką. Niektórzy już przed 23-cią uciekli na miasto. Ci co zostali, szybko zakończyli zabawę. Jak się okazało za każdy napój czy to kawa czy herbata trzeba było dodatkowo płacić, posiłek mieli chyba tylko jeden wliczony w cenę i mieli lampkę szampana. O 24 zagrano im Hymn Polski i kazano śpiewać. Nie można było wnosić swojego alkoholu ani jedzenia, a na sali niczego nie było ... Jak ktoś coś chciał to mógł kupić w restauracji ... :/ Ludzie chodzili pić alkohol do pokoju. Ogólnie totalna porażka. Osoby, które spędzały Sylwestrea na mieście nie żałowały. Wróciliśmy wszyscy w wyśmienitych humorach ok.2-giej. Następnego dnia o 10-tej miało być śniadanie, a do 11 mieliśmy się wymeldować. Śniadanie w tym dniu okazało się totalną klęską. Nie było niczego, nawet kawy. Jakaś jajecznica, chleb i poobijane jabłka. Był też sok i miód, którego nadal nie dało się wycisnąć. Ja nie zjadłam niczego … Zapomniałam jeszcze napisać, że w tym dniu nie mieliśmy już gorącej wody :)
Gdy wszyscy byli w autokarze, nasz opiekun przeprosił nas bardzo za bal Sylwestrowy, za śniadanie, za hotel. Powiedziano nam, żeby napisać reklamację, że organizator został już powiadomiony o tym, jaka była sytuacja i że naprawdę wstyd jej ( bo naszym przewodnikiem była kobieta ) za to, co się stało. Nie dziwię się, ale nie była to jej wina. Ludzie bardzo fajnie się zachowali, bo nikt nie robił awantury.
Po krótkich przeprosinach i podniesieniu na duchu naszej pani przewodnik oklaskami i wiwatami ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Tym razem zwiedziliśmy pomnik Milenium. Znajduje się on na Placu Bohaterów.  Budowla zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pomnik został postawiony w 1896 roku z okazji rocznicy Tysiąclecia Powstania Państwa Węgierskiego. Na szczycie kolumny, na wysokości 36 metrów możemy podziwiać rzeźbę archanioła Gabriela. W tyłu po prawej i lewej stronie znajdują się kolumny, w których umieszczono posągi króli i bohaterów z historii Węgier.  Z przodu, grób Nieznanego Żołnierza. Oj, jest co oglądać ... Pani przewodnik opowiedziała nam o królach węgierskich i ruszyliśmy na spacer. Przechodziliśmy koło restauracji Gundel, obok ZOO. Podobno jest to jeden z najstarszych na świecie Ogrodów Zoologicznych. Przechodzimy obok Cyrku, w którym pierwsze przedstawienie odbyło się jakieś 80 lat temu, a do teraz odbywa się w nim Międzynarodowy Festiwal Cyrkowy. Dalej idziemy obok wesołego miasteczka, gdzie pierwszą karuzelę ustawiono w 1878 roku … Idąc jeszcze dalej mijamy Kąpielisko im.Szechenyiego, czyli po prostu baseny termalne. Bilety tutaj są tylko całodniowe, można wypożyczyć strój kąpielowy, szlafroki, ręczniki … Idąc jeszcze dalej widzimy zamek Vajdahunyad. To miejsce całkowicie mnie zauroczyło. Obok zamku jest staw. W zimie przerabiają go na lodowisko, a w lecie podobno wykorzystywany jest do sportów wodnych. Reszta wody naokoło jakby została spuszczona na zimę. Na terenie zamku znajduje się pomnik Anonymusa. Legenda głosi, że kto dotknie jego pióra zapewni sobie natchnienie artystyczne. Anonymus był pierwszym kronikarzem węgierskim, jednak nieznany z imienia. 
Po zwiedzeniu okolicy wróciliśmy na Stare Miasto, gdzie mieliśmy prawie dwie godziny wolnego czasu na ostatnie zakupy, zjedzenie obiadu, czy po prostu pochodzenie po mieście. Po tym czasie pojechaliśmy a Wzgórze Zamkowe. To było ostatnie miejsce, jakie zwiedzaliśmy  i kolejne miejsce, które bardzo mi się podobało. Gdy przyjechaliśmy na Wzgórze szybko się ściemniło i miałam przyjemność oglądać jego nocne uroki. Uwielbiam chodzić, gdy jest już ciemno, a Budapeszt wtedy wygląda przepięknie. Mogłabym całą noc tak chodzić po mieście i nie miałabym dosyć. Ale wracając do Wzgórza Zamkowego. Jest to miejsce, na które trzeba poświęcić  więcej czasu, aby zwiedzić wszystko na spokojnie. Warto wybrać się tam z przewodnikiem lub mieć ze sobą przewodnik w postaci książki, ponieważ miejsc do zwiedzenia i poznania ich historii jest bardzo dużo. Można o nim poczytać więcej w osobnej relacji zamieszczonej na tym blogu.
Gdy skończyliśmy zwiedzać Wzgórze, ruszyliśmy w stronę Polski. Czas naszej wycieczki objazdowej, zleciał bardzo szybko, a Budapeszt, jak to Budapeszt, znowu mnie zauroczył do tego stopnia, że postanowiłam tam wrócić w lecie.
Podsumowując jednak samą wycieczkę uważam, że warto.
Pomimo tego, iż hotel okazał się totalną porażką, iż pogoda była taka sobie, iż było tak mało czasu na zwiedzanie, było warto. Nie wiem, co będę robiła za rok w Sylwestra, ale na tą chwilę, taki sposób spędzania Sylwestra bardzo mi odpowiada. Kto wie ? Może za rok znowu wybiorę się na taką objazdówkę, tylko tym razem w inne miejsce ?

Zapraszam na Fotorelację

12 komentarzy:

  1. ostatnio nawet śnił mi się Budapeszt! To chyba jakiś znak, że trzeba się tam w końcu wybrać:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kilka lat temu odwiedziłem to miasto i mam bardzo miłe wspomnienia. Wiele z widzianych miejsc znalazłem na Twoich zdjęciach. Tylko nocnych nie udało mi się zrobić. Twoje robią wrażenie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie...aż mnie nosi do wyjazdu..gdziekolwiek....ale jeszcze trochę to potrwa...w każdym razie plany są spore jak na jeden rok....narty, majówka, powrót do MOntenegro...będe się dzielić wrażeniami:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam na razie tylko jeden plan na ter rok. W lipcu - Egipt :)
      A reszta sama wyjdzie :)
      Czekam na Twoje relacje, po realizacji planow :)

      Usuń
  4. Najpierw pomyślałam sobie, że zbyt długi ten opis, bym czytała go do końca, ale mnie wiciągnęło tak, że spędzałam całą tę wycieszkę wraz z Tobą. Opis autokaru, jazda w nim itd. potem zakwaterowanie. Wszystko to przypomniało mi moje podróże właśnie tymi środkami lokomocji. Hotel - podziwiam, ale pamiętam gdy i mi przyszło spać w nieogrzewanym a na zewnątrz był mróz... jednakże chęć zobaczenia przezwyciężyła niewygody hotelowe. Osobiście podziwiam, masz albo stalowe nerwy, albo potrafisz na wiele rzeczy przymknąć oczy, albo po prostu uważasz, że szkoda marnować sobie życia na takie dodatki jak ciepła woda w hotelu, czy nieogrzewany pokój.
    W samym Budapeszcie byłam kilkakrotnie, ale zawsze przejazdem i nie miałam czasu na zwiedzanie. jednakże to co zobaczyłam, mnie zauroczyło, zauroczyli sami Węgrzy i ich język, ich wina, kuchnia węgierska ciut mniej, ale za to ich robótki ręczne są najpiękniejszą bajką jaką dotąd poznałam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piszę dużo, ponieważ chcę jak najwięcej zapamiętać. Niedawno czytałam sobie Tunezję i okazało się, że bardzo dużo zapomniałam, a minęły tylko dwa lata. Fajnie było odświerzyc sobie wspomnienia :)
    Jeśli chodzi o moją osobę, to jestem bardzo wybuchowa ale też bardzo szybko mi przechodzi. Sama sobie się zdziwiłam, że w tym hotelu nie rozpętałam żadnej zadymy :) Chyba po prostu cieszyłam się z wyjazdu i nic nie było w stanie popsuć mi humoru na dłużej. Im częściej jeżdżę, tym bardziej staję się odporna na czynniki zewnętrzne. Zawsze nastawiam się na najgorsze, więc zawsze jest lepiej niż sie spodziewałam :) Ale tak na prawdę, to wszystko zależy po prostu od mojego humoru :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Genialne zdajecie! Budapeszt odwiedziliśmy 2 lata temu i to tylko przejazdem (niestety plan wycieczki był bardzo napięty)... od tej pory obiecujemy sobie, że kiedyś tam wrócimy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też sobie to obiecuję :) Piękne miasto, warto tam wrócić. Ja mam tam jeszcze ZOO do odwiedzenia, więc wrócę na pewno :)

      Usuń
  7. moje odwiedziny były 4444 na Twoim blogu. Pomyślałam, że to znak i postanowiłam napisać:) A Budapeszt marzy mi się od dawien dawna i jakoś nie udało mi się do niego wybrać... może w tym roku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 4444 - jak ładnie :)
      Ja postaram się wrócić w tym roku, chociaż pozmieniały mi się plany wyjazdowe i nie wiem czy mi się uda. Polecam wiosna/lato. Gdy jest już zielono, fontanny działają tak, jak powinny, dzień jest długi i słoneczny :)

      Usuń
  8. Piekne jest to miasto, widać tradycje austro-węgierskie, architektura z najwyższej półki... pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne miasto, warto go odwiedzać każdą porą roku. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz.
Pozdrawiam :)