piątek, 6 stycznia 2012

Węgry - Szentendre


Węgry - Szentendre 31.12.2011


Miejscowość położona jakieś pół godziny jazdy od Budapesztu. Małe miasteczko z barokowym ryneczkiem w kształcie trójkąta. Można zwiedzić tam Muzeum Marcepanu, gdzie są rzeźby zrobione ze słodko migdałowej masy. Przy każdym eksponacie jest tabliczka z informacją ile robiono dany eksponat i ile kg. marcepanu na niego zużyto. Muzeum jest bardzo malutkie. Składa się z 4 pokoi. W każdym pokoju jest inna tematyka. Po zwiedzaniu muzeum, można udać się do sklepiku i zakupić produkty z marcepanu. Mamy też Muzeum Miniatur. Wszystkie eksponaty wykonywane są przez Ukraińca, który mieszkał w Budapeszcie. Wykonywał swoje dzieła po to, aby pokazać zjednoczenie Budy i Pesztu. Jest to jednak inne muzeum niż te, które znamy np. z Inwałdu. Eksponaty są tak malutkie, że aż trudno uwierzyć w to, iż zostały zrobione ludzką ręką. Trzeba oglądać je przez mikroskop. Mamy np. karawanę z wielbłądami przechodząca przez oczko igielne albo obraz wykonany na ziarnku maku itp. Wręcz niewyobrażalne.
Ja dowiedziałam się o tym po fakcie. Myślałam, że obydwa muzea będą nudne i nieciekawe i nie weszłam do środka, wolałam powłóczyć się uliczkami i pozwiedzać miasto. Potem żałowałam, gdy dowiedziałam się co jest w środku. Chyba nigdy nie nauczę się, żeby nie zakładać z góry po samej nazwie tego, co może ona oznaczać :)
Samo miasteczko choć małe, jest bardzo ładne. Uważane jest za miasto artystów, stąd też pewnie duża ilość galerii. Są tutaj przeróżne muzea (nie tylko marcepanu i miniatur), jest 9 cerkwi, a 4 km. dalej skansen. Na ryneczku Sentendre po wygaśnięciu epidemii dżumy postawiono krzyż morowy. Z rynku można dojść na Wzgórze Kościelne, gdzie znajduje się XIII-wieczna świątynia i skąd można podziwiać piękną panoramę miasta. To miasteczko kryje w sobie wiele ciekawych, pięknych miejsc, które warto odkryć.
Sentendre różni się zupełnie od Budapesztu. Ponieważ byliśmy tam po świętach, na ulicach w okolicy Rynku, było pełno drewnianych chatek, w których można było kupić różne rzeczy. Przypominały mi one stragany z Zakopanego, które można znaleźć przed Gubałówką lub na Gubałówce :)  Spacerując uliczkami często można spotkać bardzo wąskie przejścia lub schody między budynkami. Na tle tamtejszej architektury nadają temu miejscu uroku. Schodząc w dół po prawej stronie płynie Dunaj. Podobno można wybrać się tam na rejs do Esztergomu. Uliczkami miasta spaceruje się przyjemnie. Czas szybko mija, a za każdym rogiem odkrywamy coś nowego, pięknego, interesującego. Przez cały mój pobyt na Węgrzech, tylko tam udało mi się znaleźć popularny w tym kraju przysmak, jakim jest Langos. Jest to coś ala placek drożdżowy smażony na głębokim oleju. Można zjeść taki placek sam – koszt ok. 350 forinty, lub z dodatkami. Najczęściej spotykane dodatki to sos czosnkowy i ser – koszt ok.500 forinty. Oczywiście my dokonaliśmy zakupu i otrzymaliśmy po dużym Langosie. Był smaczny, chociaż tłusty :) No cóż, w kocu smażony na głębokim oleju :)  W każdym bądź razie, polecam :) Kolejną atrakcję, jaką znaleźliśmy to lodowisko. Małe,  sztuczne lodowisko, na którym gromadzili się amatorzy jazdy na łyżwach. Atrakcja bardzo fajna mimo, iż miejsca do jazdy było bardzo mało. Podejrzewam, że lodowisko to za jakiś czas  stamtąd zniknie. To na pewno sezonowa atrakcja. Podobno wiosną odbywają się tutaj liczne festiwale muzyczne, teatralne i ogólnie artystyczne.  Wracając już do autokaru znaleźliśmy jeszcze pomnik Jana Pawła II.
Zanim wróciliśmy do Budapesztu, wstąpiliśmy jeszcze do szlifierni brylantów, gdzie oglądnęliśmy krótki filmik, wyroby jubilerskie z brylantami, zegarki i inne takie. Można było dokonać zakupu oraz oglądnąć mini muzeum, w którym można zobaczyć jak dawniej wykonywano biżuterię. W muzeum jest zakaz fotografowania, ale niektórzy ochroniarze pozwalają robić zdjęcia. Ja jak zwykle z góry założyłam, że nie będzie można robić zdjęć i nie wzięłam z autokaru aparatu. Okazało się, że można było fotografować, ale nie miałam już jak wrócić po sprzęt :) 
Po ok.30 minutach ruszyliśmy w stronę Budapesztu. 

6 komentarzy:

  1. Bardzo urokliwe miasteczko "na raz" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo malownicze miasteczko, podobne troszkę do naszego Kazimierza nad Wisłą. Byłem kilka lat temu, ale letnią porą. Zdjęcia dobrze oddają nastrój, jaki tam panuje. Latem było zdecydowanie więcej ludzi.
    Pozdrawiam:)

    PS. Popraw w tekście funty na forinty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skąd mi się te funty wzięły ? :) Chyba już więcej nie będę pisać w środku nocy :)
    A tak na poważnie teraz. Byłeś może w tym skansenie ?
    My nie mieliśmy czasu, ale zastanawiam się czy nie powrócić tam sama jak już będzie ciepło. Podobno tamten skansen jest bardzo duży i warty tego, by przyjechać tam jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety, byłem tylko w samej miejscowości. Największe wrażenie zrobił na mnie sklepik - muzeum z marcepanem.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Pamiętam piękne, małe miasteczko z rynkiem pełnym warzywnych i owocowych straganów. Jedliśmy arbuzy, brzoskwinie i na nasze nieszczęście skosztowaliśmy ostrej papryki. Przestraszony sprzedawca napoił nas winem, które złagodziło pieczenie..
    Teraz widziałam stragany, jakie można wszędzie spotkać ale miasteczko ma nadal swój urok...

    OdpowiedzUsuń
  6. Byłam tam kiedyś, małe, urokliwe miasteczko. Węgry są od kilku lat trochę niedoceniane jako cel turystyczny, a szkoda... trochę ten język utrudnia sprawę... pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz.
Pozdrawiam :)