niedziela, 5 maja 2013

Z Krakowa nad morze i z powrotem w jeden dzień


Niedawno pisałam o Polskim Busie.
Nawiązuje do tego ponieważ, utworzono nowe połączenie Kraków - Gdańsk.
Ceny rewelacyjne, przynajmniej na razie.
 Bilety można kupić nawet w cenie 10-25 zł !!
Tak więc nie czekając długo kliknęłam na pasujący mi termin i zarezerwowałam bilety :)
Wyjazd z Krakowa o godz. 2-giej, na miejscu jesteśmy o 12:20.
Powrót z Gdańska po 23-ciej, w Krakowie jesteśmy po 9-tej.
Tak wiec cały dzień spędzamy w Trójmieście i wracamy do domu nocą :)
Super ... :)
Jest tylko małe ale ...
Robiąc rezerwację, nie brałam pod uwagę pogody.
A pogoda, jak to pogoda ...
W dniu rezerwacji świeciło mocno słoneczko i wreszcie czuć było prawdziwą wiosnę.
Wydawało się, że już nie może być zimno ...
Lecz zimno jednak nadeszło i to przed naszym wyjazdem ...
Cały czas padało, pojawiły się burze, grad w Małopolsce, było zimno i nieprzyjemnie ...
Nie chciało się nam nawet z domu wychodzić, a co dopiero jechać gdzieś dalej ...
Wyobrażając sobie, że siedzimy w "Przystani" - taka nasza knajpka w Sopocie
i parzymy na morze skąpane w strugach deszczu,
po czym wracamy do domu całą noc, cali przemoknięci od razu odechciewało nam się wyjazdu.
Do tego córka zdążyła złapać choróbsko i dwa przed wyjazdem dostała antybiotyk ...
No tak, nie wygląda to fajnie ...
Do ostatniej chwili zastanawialiśmy się, czy jednak nie zostać w Krakowie ...
Nawet nasz kot dopadł nas, jak szliśmy już na przystanek tramwajowy i zaczął iść z nami,
jakby chciał nam powiedzieć, żebyśmy nie jechali ....
Musieliśmy go odganiać, bo nie dał się złapać tylko szedł za nami, a czas uciekał ...
W końcu spłoszyły go jakieś dwie dziewczyny, które szły ulicą i udało nam się uciec :)
Pełni obawy siedząc na przystanku,
a potem jeszcze na dworcu, nadal zastanawialiśmy się czy jednak nie zawrócić.
Pogoda na prawdę nie zachęcała do tego wyjazdu ...
W końcu podjechał Polski Bus.
Wsiedliśmy i udało nam się zająć miejsca na samej górze w pierwszym rzędzie,
czyli nasze ulubione z widokiem na przednią szybę autokaru :)
Mieliśmy wykupione 3 miejsca, a jechaliśmy w dwie osoby
(chora córka została w domu) więc mieliśmy na prawdę wygodnie :)
Plecaki położyliśmy na jednym siedzeniu, a my siedzieliśmy na dwóch pozostałych :)
Autokar był pełniusienki.
 Z resztą jak sprawdzałam na ich stronie wcześniej, to nie było już wolnych
miejsc więc tego się spodziewałam.
Jechało się dobrze, ale cały czas z deszczem.
Nie wiem dlaczego, ale jak tylko ruszyliśmy w drogę,
to nawet ten deszcz mi już nie przeszkadzał.
Uśmiechałam się wewnętrznie sama do siebie i cieszyłam się jak dziecko, że jadę :)
Chyba odezwał się mój wewnętrzny " głos powsinoga", bo już nic mi nie przeszkadzało,
nawet padający nieustający deszcz i wiecznie zaparowane szyby ...
Dopiero nad ranem zaczęło się rozpogadzać i przestało padać.
A im bliżej byliśmy Gdańska, tym więcej słoneczka się pojawiało :)
A ja tym bardziej "szczerzyłam zęby" sama do siebie wypatrując po drodze dzikiej zwierzyny :)
Widziałam ok.15 saren. W pewnym momencie przestałam liczyć.
Zawsze na tej trasie udawało mi się zobaczyć z dwie, może trzy, a tu nagle tyle ?
Ale to dobrze, bo to oznacza, że z naszą przyrodą jeszcze nie jest tak źle :)

Zmienię na chwilę temat.
Ostatnio opisując Polski Bus, zachwalałam czystość łazienki. Tym razem już nie było tak dobrze.
Było brudno i nie było nawet papieru, tak więc starałam się unikać toalety.
Wracając do Krakowa z czystością było już lepiej, jednak papieru nadal nie było.
Wspomnę jeszcze o tym, że na stronie Polskiego Busa jest napisane, że na wybranych trasach jest poczęstunek. Spodziewałam się, że dostaniemy więc coś do przekąszenia, ponieważ to dosyć długa trasa, ale poczęstunku nie było. W sumie i tak mieliśmy swoje jedzenie i picie, więc dla mnie było to bez znaczenia, ale myślałam, że skoro na stronie jest tak napisane, to że na tej właśnie trasie, poczęstunek na pewno będzie.
Ale zostawmy już Polsku Bus i powróćmy do naszego "wypadu" nad morze.

Do Gdańska dojechaliśmy o czasie, czyli o 12:20.
Autokar wysadził nas na dworcu PKS przy Dworcu Głównym PKP,
tak więc nie miałam problemu ze zlokalizowaniem tego i owego.
W pierwszej kolejności poszliśmy do toalety na dworcu.
Zapłaciliśmy 2,50 zł za osobę !!! Odradzam.
Przy dworcu PKP jest KFC.
Można tam spokojnie skorzystać bezpłatnie z toalety.
W znajdującym się tam również McDonalds'ie toalety nie ma - to tak informacyjnie :)

Gdy już się odświeżyliśmy poszliśmy do kasy biletowej SKM
i zapytałam kasjerki o połączenia do Gdyni i Sopotu.
Dowiedziałam się, że bilet z Gdańska do Gdyni kosztuje 5,70 zł,
z Gdyni do  Sopotu 3,80 zł i z Sopotu do Gdańska również 3,80 zł.
Zakupiliśmy dwa takie zestawiki i postanowiliśmy zacząć od Gdyni.
Ze znalezieniem pociągu nie mieliśmy problemu.
O ile dobrze pamiętam odjeżdżał w Gdańsku z peronu nr. 4 i 2.
Nie trzeba się było spieszyć, na konkretny pociąg, ponieważ co nas zdziwiło, jeździły bardzo często.
Można by porównać je do naszych tramwai i autobusów na uczęszczanych trasach w godzinach szczytu.
W końcu wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy w stronę Gdyni.
I tutaj pierwszy raz zobaczyliśmy, jak bardzo mogą się różnić dwa miasta w tym samym państwie.
Szukaliśmy kasowników w przedziałach, ale ich nie było.
W końcu zapytałam, gdzie mogę skasować bilet i dowiedziałam się,
że na peronie :) Ale nam się śmiać chciało :)
Na to, to trochę już za późno :) Pytamy ludzi, co w takim razie mamy zrobić.
Powiedzieli, żeby poszukać konduktora i dać mu do skasowania bilety.
Będziemy musieli coś tam mu dopłacić, ale da się to zrobić.
Konduktora szukałam, ale nie znalazłam.
Mając na uwadze, że w normalnych pociągach konduktor chodzi i sprawdza bilety,
doszłam do wniosku, że poczekam, aż przyjdzie :)
Nie przyszedł ...
No cóż ...
Przejechaliśmy się "na gapę" do Gdyni, chociaż mieliśmy najszczersze intencje :)
Wysiedliśmy na stacji Gdynia Wzgórze św. Maksymiliana.
Nie bardzo wiedziałam, jak daleko mamy stąd do portu,
ale popatrzyłam na niebo i stwierdziłam,
że mamy iść w tamtym kierunku, bo tam jest morze :)
Po drodze znaleźliśmy mapkę, która upewniła nas, że idziemy w dobrą stronę.
Wybraliśmy kierunek w stronę Bulwaru Nadmorskiego,
skąd ruszyliśmy potem w stronę portu.
Niewiele zmieniło się w tym miejscu od mojej ostatniej wizyty.
Ludzi nadal pełno, fontanna już uruchomiona, ale jeszcze nie było kwiatów posadzonych w okół niej.
Błyskawica i Dar Pomorza nadal są przycumowane, a z megafonów dochodzi informacja, że można wybrać się na rejs takim, czy takim statkiem w godzinach takich i innych w promocyjnych cenach ...
Straganiki z pamiątkami nadal funkcjonują, a liczne bary, nadal skupiają głodnych wczasowiczów.
I to właśnie wśród tych knajp zauważyłam największe zmiany.
Niektóre poznikały, inne się przebudowały, wydaje mi się,
że dawniej był większy wybór zarówno samych barów, jak i jedzenia jakie można tam dostać.
Z drugiej strony to jeszcze nie sezon ...
Jako stały bywalec jakiegoś miejsca zwracam uwagę na to,
ponieważ lubię się stołować w wypróbowanych już przeze mnie knajpach / restauracjach / barach.
Prawie wszędzie mam swoją ulubioną zupę, rybkę, placki ziemniaczane czy ulubione lody i gofry, więc zawsze wracam ... :)

Pochodziliśmy sobie po porcie, pooglądaliśmy stateczki i nie tylko, zjedliśmy i udaliśmy się na dworzec.
Tym razem ruszyliśmy drogą wzdłuż głównej ulicy.
Dotarliśmy na stację, skasowaliśmy bilety i ruszyliśmy pociągiem w stronę Sopotu.
Wysiedliśmy i spacerkiem poszliśmy w kierunku MOLO.
Pierwsze, co tym razem rzuciło mi się w oczy to,
że zniknął taki "chłopek" - taka wisząca rzeźba, który wisiał sobie nad deptakiem,
ale zaraz odnalazłam go w innej uliczce.
Następne, co rzuciło mi się w oczy to, że zniknęła fontanna na placu !!!
Tego już nie potrafię zrozumieć. Komu ona przeszkadzała ?
No cóż ...
Podeszliśmy pod MOLO i ruszyliśmy deptakiem w stronę Placu Rybaków.
Jest to miejsce, w którym zawsze zatrzymujemy się, jeśli nocujemy w Sopocie.
Szybko zeszliśmy z deptaka na plażę i szliśmy plażą we wspomniane wcześniej miejsce.
Lubię spacerki wzdłuż morza.
Tym razem spacer również był przyjemny.
Słoneczko przygrzewało, nie było mocnego wiatru, fale lekko szumiały,
dzieci szukały bursztynków w wyrzuconych na brzeg muszlach ...
To był udany dzień.
Doszliśmy do  Baru Przystań, gdzie zawsze się stołujemy i przy której zawsze spędzamy czas na plaży.
Restauracja pełna ... Zapachy takie, że aż chce się jeść :)
Nie chciało mi się jednak czekać w kolejce, a potem na zamówienie, więc odpuściłam sobie tym razem :)
Może gdybym była głodna, ale nie byłam więc posiedzieliśmy trochę
zastanawiając się czy czekamy na zachód słońca tutaj
czy jedziemy pochodzić jeszcze do Gdańska.
Nie do końca udało nam się podjąć tą decyzję więc ruszyliśmy w stronę MOLO :)
Tym razem szliśmy deptakiem, a reszta miała wyjść sama :)
Ludzi dużo ...
 Pieszych, rowerzystów, na rolkach ...
Zdecydowanie więcej niż w Gdyni.
A to jeszcze nie sezon ...
Gdy doszliśmy pod MOLO sprawdziliśmy z ciekawości ceny wstępu.
Od 21-szej wstęp bezpłatny.
W godzinach wcześniejszych: normalny - 7 zł , ulgowy - 3,50 zł.
Tym razem nie wchodziliśmy na MOLO.
Byliśmy już tam tyle razy, że postanowiliśmy sobie darować,
ponieważ czas nieubłaganie wskazywał nam drogę w stronę Gdańska ...
Poszliśmy jeszcze zobaczyć na zachód słońca i ruszyliśmy z powrotem na dworzec w Sopocie ...

Ponownie skasowaliśmy bilety przed wejściem na peron
i zanim się obejrzeliśmy ... Już byliśmy w Gdańsku.
Ponieważ znamy te rejony myślałam, że uda nam się pochodzić po całym Trójmieście,
jednak zabrakło nam czasu, na spacer po Gdańsku.
Brałam to pod uwagę, dlatego nasz spacer zaczęliśmy właśnie od Gdyni,
gdzie chcieliśmy zobaczyć "co ciekawego słychać" porcie ...
Sopot był na drugim miejscu, ze względu na sentyment, do wielu miejsc, które tam są ...
Gdańsk zostawiliśmy na sam koniec w razie, gdyby zabrakło nam czasu i tak też się stało ...
Zdążyliśmy tylko wybrać się do sklepu i na kolację do pobliskiego KFC,
gdzie poczekaliśmy na podjazd autokaru.

Pracownicy Polskiego Busa tym razem postanowili wpuścić pasażerów wcześniej.
Skończyło się to tym, że najlepsze miejsca zostały zajęte.
Udało nam się jednak zająć miejsca przy stoliku na dolnym poziomie.
Na początku się cieszyłam, jednak ostatecznie, jak dla mnie to był błąd. 
Siedzenie tak długo przy stoliku, wcale nie jest fajne.
Co innego, gdy mamy do przejechania kawałek, a co innego, gdy jedziemy przez całą Polskę.
Nóg nie mogłam sobie wyłożyć tak, jakbym chciała, przez co po jakimś czasie było mi niewygodnie.
Duży wpływ na to miał na pewno fakt, że "zmęczyłam nogi" podczas tego wyjazdu, ale o tym pisać nie będę :)
Nie ukrywam, że droga powrotna trochę mnie przez to zmęczyła,
ale i tak uważam, że było warto i na pewno jeszcze nie raz zrobię sobie taki "wypad" nad morze :)

Fotorelacja - kliknij tutaj :)

6 komentarzy:

  1. Uwielbiam takie wypady. Po prostu jeden dzień, kilkanaście godzin i już :) zapraszam do siebie

    http://tandmpodrozniczo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny i pozostawienie linku do siebie :)

      Usuń
  2. świetny pomysl na mala eskapade, wschod slonca albo zachod nad morzem i do domku, rewelacja :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna relacja.
    A jednak nie ma co się przerażać pogodą.
    Najważniejsze to optymistyczne nastawienie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Przede wszystkim odpowiednie nastawienie i czy będzie padać czy nie, będzie ok. Na szczęście jednak tym razem nie padało i nie ukrywam,że cieszę z tego powodu :)

      Usuń

Dziękuję za komentarz.
Pozdrawiam :)