wtorek, 20 września 2016

Mount Vernon


Sten Sture to ostatnia nazwa statku, który wszyscy nazywają Mount Vernon. 
Dlaczego tak się stało ? Dowiecie się tego czytając dalej :)
Mount Vernon był statkiem towarowym o napędzie mechanicznym parowym.
Zwodowany w 1900 roku.
Zatonął z nieznanych przyczyn w nocy z 26/27 stycznia  w 1947 roku 
w czasie rejsu z Gdyni do Helsingborg.
Zginęło 18 członków załogi.

Wrak znajduje się około 3 mil na północ od Rozewia.
Dokładne współrzędne 54° 56′ 54" N / 18° 20′ 18" E
Najmniejsza głębokość wraku leży na ok.20 metrach. 
Głębokość przy dnie to ok. 28 metrów.
Statek miał prawie 69 metrów długości i niecałe 10 metrów szerokości.

Zanurzamy się i pierwsze co zwraca naszą uwagę to właśnie ta część.
 

 Płyniemy dalej opływając wrak zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara.


 Wrak leży na prawej burcie.


 Szczątki wraku porozrzucane są po dnie i powoli przysypuje je piach.


 Statek został zbudowany w stoczni Bergen Mekaniske Verksteder i nazwany Mount Vernon.
Pierwszy armator: "Rederi O & A Irgens", Bergen.
W 1922 roku sprzedany do "Rederi Ab Vigor", Göteborg, Szwecja, gdzie otrzymał nową nazwę: "Elisabet".
 7 lat później, w 1929 roku ponownie sprzedany do "Rederi Ab Westindia", Stockholm. 
Ponownie otrzymał nową nazwę: "Sverre Nergaard".
Po raz ostatni statek został sprzedany w1946 roku do "Rederi Ab Eruths", Trelleborg. 
Nazwany został wtedy: "Sten Sture".


Dlaczego więc wszyscy nazywają go jego pierwotną nazwą ?


 Otóż wrak owiewa wiele tajemnic. 
Nikt nie zna przyczyn zatonięcia statku.
Nikt też nie wie, co tak na prawdę się wtedy wydarzyło.
Podobno statek był wykorzystywany do przewozu różnego rodzaju materiałów.
Mówi się, iż w momencie zatonięcia przewoził 1100 ton węgla, 
jednak co się stało z ładunkiem ?
Tego nikt nie wie...


Wrak został odnaleziony przez polskich nurków w 1997 roku.
Odnaleźli oni i wydobyli dzwon okrętowy "MOUNT VERNON 1900 BERGEN"
To właśnie dlatego oficjalnie przyjęła się pierwotna nazwa statku.


 Skąd statek wziął się w tym miejscu ? 
To pytanie też pozostaje bez odpowiedzi.
Są tylko przypuszczenia, że statek miał podjąć uciekinierów z Polski
i dlatego zamiast płynąć bezpieczniejszą trasą prowadzącą wodami terytorialnymi Szwecji
Kapitan obrał trasę przy polskim wybrzeżu, które było pełne min.


 Ze względu na wybraną trasę uważano, że statek wpadł na minę i dlatego zatonął.
Jest jednak jeszcze druga wersja tej historii.
Jako drugą potencjalną przyczynę zatopienia statku, podejrzewa się sowiecką torpedę.
Podobno parowiec wypełniał misję służb specjalnych, 
ewakuując z Polski szwedzkich agentów działających w Związku Radzieckim.


Wracając jednak do samego nurkowania ...


 Nie było ono zbyt wymagające.
To, co najbardziej rzuciło mi się w oczy to żyłki wędkarskie i haczyki na ryby, 
których w okolicy wraku i na wraku było bardzo dużo.


 Podobno występują tam również sieci, 
dlatego trzeba uważać, aby się w nie nie zaplątać.


Widoczność w okresie gdy ja byłam, była dosyć dobra.


Śruba napędowa zachowała się w bardzo dobrym stanie
i jest jedną z główniejszych "atrakcji", 
na których skupili się nurkowie, z którymi byłam.
Dobrze widoczne były też kotły parowe, jednak nie mam ich zdjęcia.


W części dziobowej podobno zachowane są kotwice. 
Nie wiem, jak to się stało, że nie dotarliśmy w tamto miejsce.
Nie znając opisu wraku, 
ani nie widząc wcześniej jego zdjęcia, 
zwyczajnie za wcześnie skręciliśmy :(


Będę pamiętać o tym, wybierając się na ten wrak następnym razem.
 

 Środkowa część wraku jest mocno zdewastowana.
Praktycznie widać tam tylko złomowisko czegoś, 
co kiedyś tworzyło jedną całość.


Dziś te części nie przypominają żadnych rozpoznawalnych kształtów.
Dają nam obraz tragedii, jaka musiała się wydarzyć w tym miejscu.



Na nurkowanie zabrałam też kamerkę,
więc w późniejszym terminie,
powinnam zamieścić filmik.






wtorek, 6 września 2016

Wyspa Hamata - Qulaan z Marsa Alam - wycieczka fakultatywna


Będąc w tym roku w Marsa Alam postanowiliśmy urozmaicić sobie pobyt. 
Ponieważ znajomi byli w tym samym czasie co my w Marsa, ale w innym hotelu uzgodniliśmy wspólnie, że spotykamy się na rejsie :)
Wybraliśmy rejs Wyspa Hamata - Qulaan.
Właściwie to nasz znajomy wybrał, a my tylko się dołączyliśmy :)
Nie ma to jak iść na łatwiznę ;)
Na naszą wyprawę zabrało nas miejscowe biuro LM Holiday.

Plan i opis wycieczki skopiowany ze strony w/w biura wyglądał tak:
"Czas trwania 8:00-16:00 

program

Zapraszamy we wtorki, czwartki.
W godzinach porannych wyruszacie państwo z hotelu i udajecie się do Hamata Marina (30km na południe od Marsa Alam), przechodząc przez obszar Mangrowego Parku Narodowego udajecie się na łódź i wyruszacie w kierunku Trzech Wysp Dziewiczych. Jest to prawdziwy raj dla amatorów pływania i snorklingu .
The Magnificient Hamata to rejon całkowicie nie naruszony przez turystów , małe bezludne wysepki są rajem dla dzikiej przyrody, zarówno na ladzie jak i na morzu. Okazja aby zobaczyć przepiękne koralowce, unikalne ryby,  przyrodę z pięknymi lagunami .Łódź będzie cumowała przy jednej z tych wysp a wy będziecie mogli podziwiać różne gatunki ptaków i spacerować po czystym białym piasku. Po powrocie na pokład będzie serwowany lunch po którym będzie ostatni przystanek na snorkling przed wypłynięciem z powrotem do portu Hamata.

w cenie

  • transfer
  • sprzęt do snorklingu
  • lunch i napoje
  • przewodnik

dodatkowo płatne

  • napiwki

tabela cen

Dorośli 35$ od osoby
Dzieci do lat 12 50%
Dzieci do lat 6 za darmo"

A w rzeczywistości ... ?
W rzeczywistości było tak :) 
     Dzień przed wyjazdem ok.godziny 20-tej otrzymaliśmy informację, że o godzinie 7:10 zostaniemy odebrani z recepcji.
Ponieważ śniadanie w naszym hotelu zaczynało się o godzinie 7- mej mieliśmy świadomość,
że możemy nie zdążyć zjeść śniadania więc zamówiliśmy dzień wcześniej lunch boxy. 
     W dniu wyjazdu wstaliśmy wcześnie rano, żeby szybko "wbić się" do restauracji
zaraz po otwarciu i zjeść cokolwiek przed wyjazdem.
O 7:10 byliśmy gotowi w recepcji i czekaliśmy na podjazd.
I tak sobie czekaliśmy ... I czekaliśmy ... I czekaliśmy ...
Znając egipską punktualność, postanowiliśmy dać im godzinę
po czym rezygnujemy i idziemy na nury :)
Jakkolwiek by nie było, dzień nie mógł być stracony :)
Samochód podjechał po nas przed 8-mą.
Wsiedliśmy do pełnego już busa i ruszyliśmy dalej.
Hmm... rozglądam się po busie, nie ma znajomych.
Miejsc wolnych brak.
Może będą dwa busy i spotkamy się na miejscu ?
Chwilę później zatrzymujemy się pod hotelem znajomych i z daleka widać ich idących w naszą stronę :)
Miejscowi z obsługi zwolnili miejsca i znajomi usiedli przed nami :)
Ruszyliśmy w drogę :)

 

     Według opisu mieliśmy jechać jakieś 30 km na południe od Marsa Alam.
Jedziemy, jedziemy i jedziemy ...
Hmm trochę długie to 30 km :)
Gdy byliśmy już na miejscu sprawdziłam w nawigacji rzeczywistą odległość
i okazało się, że od portu, z którego ruszyliśmy w rejs
do naszego hotelu było dokładnie 144 km :) 
Ale kto by zwrócił na to uwagę będąc w Polsce ? :)
 

Może to i dobrze, że nie popatrzyliśmy wcześniej na tą odległość,
 bo pewnie byśmy się nie zdecydowali  na rejs,
a rejs był na prawdę fajny i warto było się na niego wybrać.
     Dojechaliśmy na miejsce.
Port jak na Egipt całkiem ok.





 
W okolicy przycumowane statki.



Idąc w stronę naszego statku mijamy budynek, w którym jest komora dekompresyjna.



 Idziemy w kierunku naszego statku po czym po długiej,
cienkiej kładeczce wchodzimy na jego pokład. 
Strasznie nie lubię tych ich kładek, po których trzeba wejść na pokład.
Z moim lękiem wysokości, nawet z tak małej wysokości
czuję się niekomfortowo.
Mogliby je robić odrobinę szersze :)
     Jesteśmy na pokładzie.
Ściągamy obuwie i idziemy na górny taras.
O dziwo jest nas bardzo mało.
Dowiedzieliśmy się później, że na tym rejsie zawsze są przydzielane takie grupy.
Super. Nie wiem ile w tym prawdy,
a na ile chwyt marketingowy w celu zrobienia dobrej reklamy
 ale nam pasuje idealnie :) Jest na prawdę komfortowo. 
Łódź, którą płynęliśmy mile mnie zaskoczyła.
Była to dobra łódź, w dobrym stanie, panował tam porządek, po prostu super.
Nie mam się do czego przyczepić :)
Napoje butelkowane dostępne od razu i to przez cały rejs,
a nie tylko podczas posiłku.
 Oprócz coli, która była cały czas pod dostatkiem, były też ciasteczka.
Takie zwykłe wafelki, ale były.
Pierwszy raz się z tym spotkałam.
Jak to mówią "mała rzecz, a cieszy" i robi dobre wrażenie :)
     Nie było z nami polskiego przewodnika, ale był za to czeski z BP Exim,
więc dogadanie się z nim nie stanowiło większego problemu. 
     Po zebraniu kserokopii paszportów ruszyliśmy w rejs.


 

Pierwszy przystanek na snurkowanie był przy wyspie,
na którą można było wyjść i pochodzić sobie po piaszczystej plaży,
pooglądać miejscowe ptaki wysiadujące jaja,
poobserwować przepiękne kraby ...
Oczywiście ja z tego nie skorzystałam :D
 No bo po co ?
Poszłam snurkować,
a gdy wyszłam na łódź dowiedziałam się, że jeszcze można zejść na ląd.
Doszłam do wniosku, że już mi się nie chce wracać i zejdę przy następnej wyspie.
Oooo jak się zdziwiłam, gdy okazało się,
że przy następnych wyspach nie można już było schodzić na ląd :)
No cóż, taka to już moja natura i moje szczęście, że zawsze muszę coś zawalić :D
Na szczęście znajomi byli, więc oglądnęłam wszystko na zdjęciach :)
podaję link do forum, gdzie znajomy zmieścił kilka zdjęć z tej  wycieczki.
Oldi, dziękuję :)
Kliknij tutaj, aby oglądnąć zdjęcia
Te widoki w realu na te wysepki ...
Rewelacja!
Na długo zostaną w mojej pamięci.
 
 



  Kolejne miejsce snurkowe było już w innym miejscu.
Ostatnie w jeszcze innym miejscu.
Napiszę szczerze, że jeśli chodzi o snurkowanie,
to rafy wcale mnie nie zachwyciły.
Wszyscy wspólnie stwierdziliśmy,
że w naszej hotelowej zatoce rafy są ładniejsze.















 W kolejnym miejscu widzieliśmy zatopiony wrak, 
który był dla mnie największą atrakcją 
i do tej pory zastanawiam się skąd on się tam wziął i co to był za wrak :) 
Wrak był zaraz przy wyspie, na którą nie można było wychodzić. 
Nie wiem dlaczego, ponieważ było tam bardzo łagodne piaszczyste wejście. 
Może kiedyś gdzieś to doczytam.















  Między snurkami mieliśmy przerwę na luch. 
I tutaj znowu pozytywne zaskoczenie. 
Jedzenie było urozmaicone i było bardzo smaczne. 
I znowu nie mam się do czego przyczepić :)
    Jednak ... Nie byłabym sobą, gdyby na mnie nie trafiło :)
Otóż na jednym ze snurkowań ukradziono mi koszulkę.
Wchodząc do wody jeszcze była, wychodząc już jej nie było.
Trudno mi powiedzieć kto ją zabrał, czy ktoś z obsługi czy któryś turysta,
 ale ktoś to niestety to zrobił.
Szkoda, bo bardzo ją lubiłam
i niestety nie można jej nigdzie zakupić,
ponieważ był to prezent z zaprzyjaźnionego sklepu nurkowego :(
     Mimo to cały rejs i cały dzień uważam za bardzo udany
i bardzo polecam wszystkim. 
 Cieszę się, że nie sprawdziliśmy tej odległości między hotelami,
bo na pewno byśmy się wtedy nie zdecydowali na ten fakultet.
Bardzo wszystkim polecam samo biuru LM Holiday.
Mają na prawdę rewelacyjne ceny i obsługę.
Na tą chwilę na pewno będę ich polecać
i na pewno jeszcze się z nimi wybiorę na jakąś wycieczkę

Jak to bywa i ta wycieczka dobiegła końca.
Wracamy w stronę busa i jedziemy do hotelu...